Adele – 25

Antoni Bastyla
Adele – 25

Akurat wracałem do domu po rocznym pobycie w Krakowie, gdy Adele planowała podbić świat streamingu ze swoim nowym, okropnie popularnym krążkiem. Nadszedł czas by dać mu szansę. To było 48 minut, podczas których … nic się nie wydarzyło. Jak gdyby cały czar związany z Brytyjką prysł nagle i niespodziewanie.

Czyżby ktoś odciął jej prąd? Koniec ery zupełnie niezależnej, robiącej wszystko po swojemu, będącej symbolem kobiecej mocy i potęgi artystki? Wszakże Adele Adkins nie mogła sobie pozwolić na słaby album, nie na tym etapie kariery. Zresztą, przyzwyczaiwszy się do poziomu kompozycji, który za każdym razem serwuje, bylibyśmy w okropnym szoku słysząc kiedykolwiek utwór Brytyjki, który jest „słaby i bezcelowy”. Pal licho piosenki: Adele to „artystka albumowa”, gdyż jej krążki rozchodzą się niczym maski przeciwpyłowe w styczniu w Krakowie i są dla fana muzyki cenniejsze niż diamenty z Sierra Leone. Tymczasem prawda jest inna. 25 to nie album, w którym można się zakochać; 25 to album, który się po prostu kocha.

Pamiętam dobrze moment, w którym odpaliłem ten krążek po raz wtóry. Hello na połowie głośności, a pomimo to głos Adele powodował, że potrafiłem zapomnieć gdzie właściwie jestem i co takiego ma miejsce. „Just the guitar. Ok, cool” oznacza jednak, że czas dać nieco głośniej, przed nami bowiem najlepszy popowy utwór ostatnich lat. Send My Love (To Your New Lover) to coś co mógłby (a nawet powinien) usłyszeć każdy facet. „We both know we ain’t kids no more” – po prostu bezcenne.

Tam gdzie kontent nie powala tak jak mógłby (a może nawet powinien), Adele sięga po swoje asy w rękawie i czyni to jak najbardziej chętnie, zupełnie jak na kandydatkę do muzycznego tronu przystało. Nie tylko ratuje piosenki przed byciem „ledwie znośnymi”, lecz wynosi je do poziomu gwiazd i sennych marzeń reszty wokalistek. I Miss You z przewidywalnym przesłaniem staje się najbardziej niedocenianym klejnotem dzięki aranżacji oraz produkcji Paula Epwortha, twórcy sukcesu Florence + The Machine (nie żeby sama Florence Welch nie była w stanie odnieść sukcesu). When We Were Young ma tekst, którego nie rozumiem (nie chciałbym, by ktoś powiedział do mnie, że „wyglądam jak film” i mam prawo to powiedzieć, goddammit!), ale na jej występ w tej prześlicznej balladzie warto było czekać przez 4 lata. Tam gdzie kres mają hity oraz single, pozostają do zagrania utwory gdzie nic nie zaskoczy – słodkie, gorzkie, o miłości, o rozstaniu, lecz zawsze na czele ze świetną produkcją. I głosem. TYM głosem.

Jeżeli pod uwagę weźmiemy fakt, że kopii 25 rozeszło się co nie miara, powstanie zasadnicze pytanie: czy znajdziemy na nim wystarczająco wiele wartości, by nie nazwać trzeciego albumu Brytyjki przereklamowaną i grającą wyłącznie na emocjach mainstreamową rzeźnią? Znajdziemy. Te dolary w kieszeni Adele nie wzięły się tam z innego powodu jak tylko dzięki jakości. I chociaż 25 w ostatecznym rozrachunku nie byłoby w stanie wygrać z Lemonade autorstwa Beyonce nigdzie, poza Grammy, wciąż jest to przyszły klasyk. Made by Adele. Recognized.

8.4/10 (Hello, Send My Love (to Your New Lover, I Miss You, When We Were Young, Sweetest Devotion)

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy