Bardziej happy niż sad!

Joanna Wrona
Bardziej happy niż sad!

W minioną sobotę w krakowskim klubie studenckim Kwadrat odbył się koncert popularnego zespołu Happysad. Popularnego i w byłej stolicy chyba bardzo oczekiwanego, bo bilety zostały wyprzedane już na dobrych kilka dni przed imprezą. Koncert odbywał się w ramach trasy promującej najnowszą, wydaną w lutym,  płytę zespołu – Ciało obce . Jedno co o tym wydarzeniu można powiedzieć na pewno, to że było bardziej happy niż sad!

Jak już wspominałam, publiczność dopisała: sala Kwadratu zapełniła  się po brzegi. Jako gość specjalny, poprzedzający występ Happysad, zagrała grupa Hot Water z Maciejem Sobczakiem na froncie. Jeżeli nazwa ta nic wam nie mówi, warto poszperać, zespół ten jest bowiem dużo starszy od głównej gwiazdy sobotniego wieczoru, i – choć może mało znany – ma za sobą dość ciekawą historię muzyczną. Na pewno Hot Water jako support sprawdzili się świetnie: rozgrzali publiczność, wchodząc w nią w liczne interakcje, a także po prostu gatunkowo pasowali do Happysad, który niedługo po godzinie 20:00 pojawił się na scenie. Pojawił się  i – jak można wywnioskować również z komentarzy pod wydarzeniem na Facebooku – pozamiatał. Publiczność szalała, wiwatowała, krzyczała, tańczyła, skakała i śpiewała ile sił w płucach, każdą jedną piosenkę. Happysad dotrzymał obietnicy i proporcje nowych kawałków do starych faktycznie były wyważone. Usłyszeliśmy zatem między innymi takie piosenki jak Nadzy na mróz, XXM, Nie umiem kłamać, Czwarty dzień (z płyty Ciało obce) oraz Smutni ludzie, Bez znieczulenia, Tańczmy, Łydka czy flagowe już utwory Mów mi dobrze oraz Zanim pójdę (starsze kawałki). Każda zapowiadana piosenka witana była aplauzem fanów i śpiewali oni – momentami głośniej od samego Kuby Kawalca – wszystkie, literalnie wszystkie, kawałki, wers po wersie. Było też pogo, było chodzenie na fali, ale odbywało się to kulturalnie, nie przeszkadzając tym, którzy chcieli po prostu postać i wysłuchać koncertu. Atmosfera była niesamowita – radosna, naelektryzowana, miało się też wrażenie, że wszyscy na tej sali jesteśmy jedną wielką muzyczną rodziną. Na wyróżnienie zasługują także panowie z obsługi sceny, którzy nie tylko pilnowali porządku i pomagali ludziom bezpiecznie zejść z fali, ale także sami znakomicie się bawili, zachęcali publiczność do klaskania, skakania, uśmiechali się i właściwie wrażenie było takie, że nie są w pracy, ale sami stanowią część fanów przybyłych na koncert. Jedyne co mi się nie podobało, to mała interakcja muzyków z fanami. Poza zapowiedzią piosenek niewiele mówili do publiczności, nie było też miejsca na call and
response
, który tak uwielbiam na koncertach. Dopiero pod koniec występu wokalista powiedział do nas parę słów więcej, jednak dla mnie,przyzwyczajonej do „pogadanek” z Kazikiem na koncertach Kultu, było to zdecydowanie za mało.  Do minusów zaliczyłabym także to, że część podstawowa koncertu trwała niewiele ponad półtorej godziny, ale być może to znów ze względu na przyzwyczajenie do występów Kultu, który czasem potrafi grać nawet trzy godziny. Zarzut ten równoważy jednak liczba bisów: Happysad bisował niejednokrotnie, a Kuba Kawalec na sam koniec skoczył w tłum i dał się ponieść na fali przez całą salę!

Sumując plusy i minusy, koncert zdecydowanie in plus, zdecydowanie warto było, mimo moich początkowych wątpliwości i mimo tego, że zdarte gardło jednak boli. Więc jeżeli w waszym mieście zobaczycie plakat reklamujący koncert Happysad, a akurat macie wolny wieczór, nie wahajcie się – nie będziecie żałować!

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy