Beyonce – Lemonade

Antoni Bastyla
Beyonce – Lemonade

A to dobre: 92 punkty na Metacritic, najlepiej sprzedające się wydawnictwo tego roku i (już za parę miesięcy) nominacja do Grammy w kategorii Najlepszy Album Roku? I to wszystko dla Beyonce za… Lemonade? Dlaczego?
Niemal każda piosenka mówi o jej mężu i jego zdradzie. Czy Beyonce ma życie poza nim? Przecież za hajs zarobiony z Destiny’s Child mogłaby żyć godnie aż do śmierci. Więc nie musi tego robić. Powinna być sama lub z kimś innym. A po tym jak Jay-Z ją zdradził na pewno ma do tego święte prawo. Po co tyle cierpieć?


A zatem album rozpoczyna PRAY YOU CATCH ME. Każdy czarnoskóry artysta już się w to bawi: w tym roku był już Kanye, był Frank Ocean, Chance the Rapper i Drake. Każdy musi zrobić długą, wolną, ciągnącą się w nieskończoność piosenkę na start. Później kawałek o Jay-Z (HOLD UP), po czym następuje drugi kawałek o Jay-Z (DON’T HURT YOURSELF), dla odmiany nagrany z Jackiem White’m, który śpiewa: „When you hurt me – you hurt yourself. Don’t hurt yourself” – co jest dziwne, jakby miał w sprawie ich małżeństwa cokolwiek do gadania. Na koniec miłosierna Pani Carter ostrzega męża przed całym światem, że „następnym razem straci swoją żonę”. Wcześniej jeszcze robi wkurzony głos i dużo przeklina.

W ogóle zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Dlaczego pośród gości występujących w piosenkach praktycznie największą działkę dostaje James Blake, który jest w 80-sekundowym tracku? Nie lepiej było oszczędzić chłopakom czasu i ogarnąć album samemu?

Beyonce zamienia się także w Arianę Grande, buntując się i podkreślając, że ma wszystko gdzieś i nie jest jej przykro ([I AIN’T] SORRY). W tej samej piosence pada imię Becky (kobiety, z którą Jay-Z zdradził Bey). Więc mówisz, że masz to gdzieś, prawda? Przy okazji, fraza „I ain’t sorry” pada tu tak wiele razy, że można obrócić utwór w „Beyonce Drinking Game” i pić za każdym razem kiedy „nie jest jej przykro”.
Najdziwniejszym jednak momentem na całym albumie jest DADDY LESSONS, w którym najpierw słychać nowoorleańskie trąbki, a później Beyonce mówiącą: „Texas”…

O ile LOVE DROUGHT można przemilczeć, bo nie wyróżnia się niczym jeśli chodzi o dzisiejsze mainstreamowe kawałki (może poza lepszą produkcją), to ciężko pozostawić w spokoju SANDCASTLES. Dramatyczny wokal, pianino i ona: Pani Carter śpiewająca jakieś randomowe smuty. Coś okropnego. Jeżeli jeszcze pod uwagę weźmiemy fakt, że następna ścieżka to 80-sekundowe FORWARD o podobnej strukturze, tyle że z męskim wokalem, to zaiste można myśleć o anulowaniu subskrypcji Tidala.
Czy ktoś kiedyś słyszał bezbarwny występ Kendricka Lamara? Gratulacje dla Bey, która zaprosiła czołowego rapera dzisiejszych czasów do współpracy, która K-Dotowi nie przyniosła absolutnie nic. Samplując słowa babci swojego męża, które stały się inspiracją dla nazwy albumu, Knowles uczyniła z FREEDOM hymn całego dzieła. Po rzeczonym hymnie następuje najdłuższy kawałek: ALL NIGHT z niezwykle szalonym połączeniem trąbki, smyczków i rapu, które jednak przy tym brzmi dość pospolicie. Na koniec jest FORMATION, ale taki „potężny kawałek podnoszący na duchu” już w sumie był wcześniej ze dwa razy. Kończ już, idziemy słuchać dobrej muzyki.

Tak, to już chyba wszystkie aspekty, których można się przyczepić. Poza nimi Lemonade to… mistrzostwo.

Emocje, akcja, film wypuszczony wraz z wydawnictwem. Produkcja i instrumentalizm: od mocnych beatów po smyczki i trąbki. FREEDOM nie dało Kendrickowi zupełnie nic, bo to nie jest jego piosenka. Tutaj to Beyonce słusznie zgarnia całą chwałę. Absolutnie najlepsza piosenka przewodnia dla każdej niezależnej kobiety oraz najlepszy motywujący hymn od czasów wydania POWER przez Kanye’go Westa. DON’T HURT YOURSELF, w którym Jack White także stoi z boku, ale które jednocześnie brzmi jak kawałek Lazaretto i ukazuje wszystkie cechy byłego lidera The White Stripes: od perkusji po jego ostatnie alternative rockowe rewelacje. FORMATION, które zawiera najlepszy tekst na albumie i jeden z najlepszych w tym roku. „I just might be a black Bill Gates in the making” sprawiło, że ciarki przeszły przez całe moje ciało. Warstwa tekstowa w DADDY LESSONS jest po prostu niesamowita – słowa napisane w stylu country i tekst o rodzinie, ale jednocześnie w hip-hopowej otoczce sprawia, że utwór brzmi niemal jak Jason Mraz za swoich najlepszych lat. Beyonce zmienia nastrój co chwilę: wspomniane DADDY LESSONS pojawia się po żeńskim buncie, przedstawionym w SORRY oraz mrocznym 6 INCH, nagranym z The Weeknd. Wszystkie typowe kawałki (HOLD UPALL NIGHT, LOVE DROUGHT) to wciąż piosenki Beyonce, czyli jakość jest gwarantowana i nie brzmią one bynajmniej jak zapychacze. Natomiast SANDCASTLES bronić nie mam zamiaru, ale jest to w jakiś sposób przemyślana akcja, gdyż nastrój i tempo zwalniają drastycznie, dzięki czemu FREEDOM może wjechać z pełną parą lub, jak zwykł mawiać Jacek Graniecki: na pełnym swagu. Wreszcie na koniec: album mija cholernie szybko, nie ma żadnego zbędnego elementu („She ain’t fuck with no one”), a po wszystkim palec sam wędruje w kierunku loopa. Czuję się zaszczycony pisząc to wszystko w jednym akapicie.

Jakie są najlepsze albumy? Nie te bez wad, bo takich nie ma. Nie te, u których wad ciężko się dopatrzeć, bo to odwraca uwagę od treści. Najlepsze są te, których słabości od razu rzucają się w oczy, bo to oznacza, że artysta nic nie ukrywa i jest ze słuchaczem kompletnie szczery. To jest prawdziwe ukazanie charakteru oraz siły, paradoksalnie tkwiącej w słabości. Beyonce to artystka na tyle silna, że nieuczciwa jest jej rywalizacja z kobietami. Zaś Lemonade pokazuje tyle charakteru, że inne popowe albumy nie mają nawet prawa równać się z tym, co na nim się odbywa. Pokazanie środkowego palca przed całym Światem własnemu mężowi i najbardziej znanemu artyście-biznesmenowi to główna inspiracja dla płyty, a jednocześnie jest to tylko smaczek, który dodaje tej lemoniadzie odrobinę kwasu. Reszta jest dla Beyonce słodka niczym zemsta na niewiernym mężu, dominacja nad rywalkami oraz życie od momentu podjęcia decyzji o byciu artystką.

Polecane utwory: DON’T HURT YOURSELF, DADDY LESSONS, FREEDOM, FORMATION

Link do albumu: możliwy do słuchania wyłącznie w serwisie Tidal

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

MAGNIFIER – portal społeczno-kulturowy

[…] się muzycznym odpowiednikiem Leonardo Di Caprio; jej trzecia nominacja do albumu roku za Lemonade po raz kolejny okazała się bezowocna. Nie tylko to: Beyonce za najlepszy album oraz […]