Czwarta władza

Klaudia Chwastek
Czwarta władza

Można uznać, że Streep i Hanks to murowany sukces, a jeśli dorzucimy do tego jeszcze Stevena Spielberga, to nic, tylko lecieć do kina. Jednak w kwestii Czwartej władzy pojawia się pewne „ale”…

W 2015 roku mięliśmy głośne Spotlight, w którym to dziennikarze bostońskiej gazety odkryli skandal pedofilski w kościele. Tamten film trzymał w napięciu, bardzo oddziaływał na widza. Idąc do kina na Czwartą Władzę w reżyserii Spielberga, z takimi nazwiskami jak Meryl Streep i Tom Hanks w obsadzie, na film, który też opiera się niejako na dziennikarskim śledztwie, bowiem wyciekają tajne rządowe dokumenty dotyczące wojny w Wietnamie, spodziewałam się czegoś podobnego. Napięcia, tego, że nie będę w stanie oderwać oczu od ekranu, a z ciekawości co będzie dalej nie będę mogła wysiedzieć w kinowym fotelu. Całość sprowadziła się trochę do tego, że wręcz wierciłam się w fotelu, bo napięcia i genialnej akcji takiej jak oczekiwałam nie otrzymałam.

Dziennikiem, w którym rozgrywa się akcja filmu jest The Washington Post, w którym szefuje Kay Graham, w tej roli Meryl Streep, a Ben Bradley, w którego wciela się Tom Hanks jest redaktorem naczelnym. Na wstępie dowiadujemy się, że gazeta ma wejść na giełdę, a Key przejęła miano wydawcy po tym, jak jej mąż, któremu gazetę przekazał jej dziadek, popełnił samobójstwo. Zwłaszcza ta druga kwestia, która mimo wszystko jest istotna, bo w końcu Key bierze na siebie odpowiedzialność za gazetę, nie została w żaden sposób wyjaśniona. Nie znamy historii gazety, a niejako od tego rozpoczynamy i jest to wątek, może i niewielki, ale mimo wszystko wydaje się być istotny dla filmu, bo Kay nie chce zaprzepaścić rodzinnego biznesu. Ale niestety historii nie poznajemy.

Kolejna kwestia, to brak takiego napięcia, które wgniatałoby w fotel. Zdobywanie materiałów, walka z czasem, dziennikarska praca… nawet walka z prawnikami wydaje się być tak potraktowana, że mamy wszystko na raz, a w efekcie końcowym mamy chaos, który może nie ogląda się źle, ale ewidentnie nie jest tym, czego widz mógł się spodziewać. Praca redakcyjna nie wyglądała tak, że wprowadzałaby w widzu napięcie, mimo że bohaterowie nie maja dużo czasu na przygotowanie publikacji. Tej walki z czasem nie widać, bo nagle wchodzą do gry prawnicy, a w efekcie końcowym, wszystko jest nagle gotowe. Nie mówiąc już o bohaterach, którzy po prostu są, jednak jedyne postacie, które tak naprawdę pamiętam po seansie, to bohaterowie grani przez Streep i Hanksa, nie oszukujmy się dlaczego, bo te twarze wszyscy znamy. A nawet ich gra aktorska nie jest taka, jakiej można się spodziewać po tych nazwiskach.

Owszem, ten film porusza ważną kwestię, kwestię niezależności mediów, tego że są tą czwartą władzą, jednak dla mnie, całościowo to gdzieś się rozminęło, jakby za dużo chciano pokazać w zbyt krótkim czasie.

Jednak jest scena, która zapadła mi w pamięć. To scena z drukarni, gdzie przygotowywana jest gazeta do druku, a następnie, arkusze papieru są zadrukowywane tuszem drukarskim. I to powinna być pewna kwintesencja tego filmu – że się udało. Ale czy się udało? Osobiście nieco się zawiodłam.

Klaudia Chwastek

Redaktor naczelna Magnifier. Absolwenta Akademii Ignatianum w Krakowie na kierunku kulturoznawstwo. W obszarze jej zainteresowań znajdują się social media. Chętnie bierze udział w różnorakich imprezach kulturalnych. Miłośniczka Krakowa i kawy.

Kontakt: klaudia.chwastek@e-magnifier.pl

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy