Czytasz i cię nie ma

Tomasz Jakut
Czytasz i cię nie ma

Jeśli chodzi o kryminały, jestem dość wymagającym czytelnikiem. Wychowałem się na prawdziwych mistrzach gatunku, wśród których bez wątpienia najbardziej wyróżniali się Agatha Christie oraz Raymond Chandler. Tym samym nie tak łatwo zaspokoić moje czytelnicze potrzeby byle jaką intrygą.

W kryminale Mariusza Ziomeckiego najbardziej intrygujący był… tytuł. Umierasz i cię nie ma – filozoficzne stwierdzenie, którego nie powstydziłby się żaden cynik. Niemniej – gdy przeczytałem już całość – nie wydaje mi się, żeby ten tytuł był adekwatny. Morderstwo – mimo że wielokrotne, brutalne i wykonane profesjonalnie – jest tylko tłem dla pozostałych wydarzeń w książce. Dzieje się niejako obok głównego bohatera i jego rodziny, jest jedynie pretekstem do intrygi, która się rozkręca. I tyle. Równie dobrze tego morderstwa nie musi być – książka i jej główny wątek z powodzeniem by się bez niego obeszły.

Rozczarowała mnie też notka na tylnej stronie okładki, twierdząca jakoby, że główny wątek toczy się wokół jakiejś zadawnionej sprawy prowadzonej niegdyś przez Romana Medynę, głównego bohatera i byłego oficera policji, oraz jego żonę, Basię, byłą psycholog policyjną. Owszem, wątek starego śledztwa także się pojawia, ale… znów mogłoby go po prostu nie być.

Trzeba przyznać, że główna intryga rozwija się nieco powoli, leniwie… zbyt leniwie. Za to klimat książki od samego początku jest gęsty i niezwykle ciężki. Cały świat przedstawiony sprawia wrażenie do szpiku kości patologicznego. Nie jest to jednak ten mroczny, wrzodziejący świat jak u Chandlera. Świat Ziomeckiego jest po prostu wulgarny i obcowanie z nim nie sprawia tej perwersyjnej przyjemności. Mamy zatem sceny seksu głównego bohatera z żoną, sceny gwałtu na prostytuce, sceny w burdelu, nieprzyzwoite rozmowy o kapciuchu pani Medyna, sektę leczącą seksem oraz… pedofilię i kazirodztwo. Całość doprawiono wszędobylską korupcją, układami i głównym bohaterem, który ma problemy z agresją i który zakochał się w 15-letniej, ciężarnej dziewczynie, przywiezionej kiedyś przez patrol (z którą wziął nawet ślub, a później zostawił dla policyjnej psycholog… będącej jego terapeutką). Oczywiście dziecko, Roma, urodziło się opóźnione intelektualnie, a jedyną radość sprawia mu… seks. Tym samym bardzo szybko pojawia się opis akcji naszego skorego do brutalności bohatera w warszawskim burdelu, z którego odbija nie do końca normalną córkę swojej eks. Ah – czy już wspominałem, że w powieści przewija się wiecznie pijana ekipa remontowa i były ZOMO-wiec, który częsie okolicą? Innymi słowy: w książce jest każda patologia, jaką można spotkać w naszym cudownym kraju. Wystarczy do tego dodać dziwne przytyki polityczne i opisy ekologicznych upodobań głównego bohatera, by dostać obraz książki, która niekoniecznie jest kryminałem.

Sama intryga jest bardzo mglista i nie do końca spójna. Mamy bowiem wysokich urzędników zamieszanych w aferę pedofilską, którzy równocześnie uwikłani są w walkę o interesy dwóch potężnych miliarderów, trzęsących całą okolicą. Jakby tego było mało, do wszystkiego miesza się… rosyjski wywiad, a cała sprawa idzie o grube miliardy dolarów i… bezpieczeństwo energetyczne Polski. Brzmi skomplikowanie? Jak dla mnie aż za, a sam kaliber sprawy jest mocno przestrzelony jak na „rozmiar” bohaterów. Ich „prowincjonalna polskość” wręcz nie pasuje do intryg tkanych przez służby specjalne i międzynarodowe korporacje.

Na sam koniec warto wspomnieć o zapewnieniu autora jakoby żadna postać w książce nie była wzorowana na postaciach autentycznych. Niemniej detektyw Głutkowski czy senator Złotokłos brzmią znajomo… Aż za.

Gdyby wyrzucić wszystkie niepotrzebne wstawki o seksie i wszelkiej innej patologii, książkę można byłoby z powodzeniem odchudzić o co najmniej połowę. Gdyby dodatkowo wyciąć całkowicie niepotrzebne wątki poboczne, kolejne 100 stron z powodzeniem by odpadło. Gdyby w końcu zrobić normalną intrygę (gdzie morderstwo gra główną rolę, a nie jakieś dziwne, wielkoświatowe intrygi), mielibyśmy normalny, dobry kryminał. Ale jednak to tylko „gdyby”. W rzeczywistości mamy smutny, drażniący i wulgarny opis polskiej patologii doprawiony ładnym, ale zupełnie nieistotnym morderstwem. Po przeczytaniu tej książki czuję równocześnie zawód i pewien niesmak. Mimo wszystko oczekuję od kryminału finezji, nie zaś – wulgarnego walnięcia w pysk.


Mariusz Ziomecki
Umierasz i cię nie ma
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2015
Wydawnictwo: Akurat
Okładka: miękka
Stron: 496

Tomasz Jakut

W niektórych kręgach znany bardziej jako Comandeer. Nadmiernie owłosione indywiduum zajmujące się dwiema całkowicie sprzecznymi ze sobą dziedzinami życia, jakimi są pisanie i programowanie. Przez jednych wyklinany jako zbytni konserwatysta w sprawach czystości kodu, przez drugich wskazywany jako przykład nieustannego narzekania przy pomocy pióra. Wiecznie niezadowolony i gotowy do krytykowania wszystkiego, co można skrytykować. Nic zatem dziwnego, że w Magnifier przypadła mu rola korektora…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy