Dyskusja po polsku

Tomasz Jakut
Dyskusja po polsku

Ostatnimi czasy jestem bardzo niepopularną osobą w Internecie. Zostałem wręcz wpisany do Czarnego Panteonu Niesławy jako ten, który ośmiela się wyrażać poglądy sprzeczne z jedyną możliwą wizją polskości. Stałem się – o zgrozo! – lewackim obrońcą uchodźców, czyli najmroczniejszym demonem z ciemnych czeluści piekieł.

Czyżbym agitował na rzecz imigrantów albo organizował manifestacje (najlepiej pod kościołem) w ich obronie? A może sprzeniewierzyłem się Polsce bratając się z obcym najeźdźcą? Nic z tych rzeczy. Pozwoliłem sobie jedynie zauważyć na pewnym forum, że w tym kraju na pewne tematy dyskutować się nie da. Pech chciał, że zamroczyło mnie na chwilę umysłowo i jako przykład podałem wątek właśnie o uchodźcach, gdzie określenie ich „bydłem” było najłagodniejszym z użytych epitetów. Tym samym stałem się lewakiem najbardziej lewackim ze wszystkich.

Postawiona teza o niemożności dyskutowania w tym kraju, niestety, obroniła się sama. W odpowiedzi na moją uwagę jedyne, co dostałem to komentarze dotyczące sytuacji uchodźców i zarzucenie mi, że widzę paranoję wszędzie tam, gdzie ktoś jedynie źle wypowie się o imigrantach. Oczywiście wszystko okraszone odpowiednimi epitetami i nieśmiertelnym stwierdzeniem o monopolu na prawdę (którego oczywiście ja nie posiadam).

Szybko rozwiały się moje płonne nadzieje, że może jednak wykrzesam jakąś dyskusję o dyskusji. Stwierdzono, że nie ma ze mną co dyskutować, bo nie mam racji, a oni ją mają i nie ma sensu mnie przekonywać, bo i tak nie da się mnie przekonać do jedynej, słusznej prawdy.

I tu pojawia się sedno problemu: Prawda. Każdy utrzymuje, że ją posiada i broni jej zaciekle, chowając za pazuchą. Zamiast dyskutować, stawiamy mury wokół swojej prawdy, by nikt przypadkiem się o niej nie dowiedział. Patrzymy na nią pieszczotliwie i otulamy kołderką, równocześnie wypinając na całą resztę świata swoje poślady. I każdy, który próbuje dotrzeć do tego, co nazywamy prawdą, jest wrogiem. A na wroga jest tylko jeden sposób: agresja.

Świat Polaków jest czarno-czarny. Nie dyskutujemy o problemach, lecz przekrzykujemy się o to, kto ma rację. Sama sprawa, jak i argumenty w dyskusji, są nieistotne. Nie chodzi o to, by dyskutanta pokonać merytorycznie. On ma zostać zniszczony, spalony na stosie, a jego prochy mają użyźnić glebę, na której rośnie nasza prawda. Wytworzone mechanizmy retoryczne tylko temu służą. Prawa strona jak mantrę powtarza, że mowa nienawiści to „lewacka herezja”, tym samym uprawomacniając możliwość obrażania wszystkich na wszelkie możliwe sposoby – wystarczy, że ktoś jest inny. Po lewej stronie również nie jest lepiej, gdyż każdy dyskutant jest „nazistą” czy też „faszystą”. Tym sposobem dyskusje na ważne problemy sprowadzane są do krzyków „Zabić! Spalić! Zniszczyć!”.

Powiedzmy sobie wprost: zabiliśmy nasz naród jako społeczeństwo. W pełni dobrowolnie odrzuciliśmy możliwość komunikowania się między sobą i starą sztukę dyskusji, wywodzącą się jeszcze z czasów starożytnych. Teraz zamiast przekonywać merytoryką, przekonuje się siłą – najlepiej w postaci gazrurki. Tak, jak kiedyś, gdy istniał ważny problem społeczny, tworzyło się literaturę, która miała go rozwiązać, tak obecnie bierze się kij bejsbolowy i idzie komuś za*bać.

Czy nie jest to paranoja? Prowadzimy wojnę z samymi sobą w imię wartości, które już dawno stały się jedynie pustymi frazesami. „Bóg, honor, ojczyzna” brzmi obecnie jak wezwanie do krucjaty przeciwko wszelkim możliwym wrogom polskości. Problem w tym, że nikt się już nie zastanawia czym jest ta polskość. Każdy ma swój własny jej obraz i będzie go bronił do ostatka sił. Ale ani razu nie puści pary z gęby, by przypadkiem ktoś nie zrozumiał co to w jego mniemaniu polskość. A może dlatego, że on sam już nie wie, lecz pamięta jedynie, że trzeba zniszczyć wroga.

Chełpimy się naszą wielką kulturą, lecz nie ma to żadnego przełożenia na rzeczywistość. Zamiast przysiąść chwilę nad dziełami Mickiewicza i zrozumieć, że żadnego „Chrystusa Narodów” nie ma, wolimy powtarzać jak mantrę losowe cytaty z Pana Tadeusza, z nieśmiertelnym „Kochajmy się!” na czele.

I co z tego wynika? Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Więc po co szczekać? Może byśmy sobie przypomnieli co to znaczy kulturalna dyskusja na poziomie i spróbowali znów stworzyć społeczeństwo? Marzę, by pewnego dnia, gdy pojawi się kolejny ważny problem, usłyszeć, zamiast „Zabić! Spalić! Zniszczyć!”, „Zgodnie z dogłębną analizą ekonomiczno-społeczną można wnioskować, iż…”.

Tomasz Jakut

W niektórych kręgach znany bardziej jako Comandeer. Nadmiernie owłosione indywiduum zajmujące się dwiema całkowicie sprzecznymi ze sobą dziedzinami życia, jakimi są pisanie i programowanie. Przez jednych wyklinany jako zbytni konserwatysta w sprawach czystości kodu, przez drugich wskazywany jako przykład nieustannego narzekania przy pomocy pióra. Wiecznie niezadowolony i gotowy do krytykowania wszystkiego, co można skrytykować. Nic zatem dziwnego, że w Magnifier przypadła mu rola korektora…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy