Fizjologia Ostatniej rodziny

Aleksandra Miaskowska
Fizjologia Ostatniej rodziny

Pomniki

O Zdzisławie Beksińskim wiele już powiedziano. Wiele było zachwytów nad jego twórczością, lecz tym razem to nie jest hołd dla „malarza śmierci”, w którego twórczości tak umiłował się koneser Dmochowski. Z geniuszami już tak jest, że zamiast czcić ludzi, czci się nazwiska i dokonania. Urywki życiorysu, które były wystarczająco spektakularne, by okrzyknąć je godnymi pomnika, choćby ten miał stanąć jedynie (czy też aż) w pamięci potomnych. Łatwo zapomnieć, że za koryfeuszami i ich dziełem stoi znacznie więcej niż oni sami, że każdy mąż ma swoją żonę, dziecko rodzica, a każde zwycięstwo okupione zostało niezliczonymi chwilami monotonnej przeciętności i problemami natury czysto fizjologicznej. A że nazwiska nie chorują, nie wydalają i jedyne co robią, to dokonują albo tworzą, często nie potrafimy połączyć ich z człowiekiem, takim samym jak my, tak samo słabym i bezbronnym wobec sił, nad którymi nie może panować.

ostatnia-rodzina-beksinski-kadr-z-filmu-zwiastun-1000x600

Dlatego też film Ostatnia rodzina, opowiadający o okresie z życia rodziny Beksińskich, począwszy od przeprowadzki do Warszawy, a skończywszy na ostatnich chwilach, jest tak nietuzinkowy. Nie traktuje on bowiem o samej twórczości Zdzisława Beksińskiego ani też nie skupia się na jego dokonaniach, a za cel stawia pokazanie wszystkiego, co się za jego obrazami kryło. Film już na początku konfrontuje nas z rzeczywistością Polski Ludowej, którą ludzie z mojego pokolenia (lata 90.) znają jedynie ze wspomnień krewnych. Znajdziemy tu szarość tamtych dni, ciasnotę i lodówki marki Mińsk, mieszkanie z miejscem dla dzieci, rodziców i dziadków – to, co dziś spotykamy już tylko jako echa starych czasów. Ostatnia rodzina doskonale radzi sobie z odwzorowywaniem tamtych realiów, dbając o szczegóły w postaci pomazanych pisakami wind, gdzie zamiast krzywego HWDP uświadczymy szubienice z powieszonym na niej PZPR-em, gdzie konstytucja uznaje rodzinę jako podstawową komórkę socjalistycznego państwa.

Ci, którzy lubią się tak samo, jak się nie znoszą

W tym właśnie światku rodzina Beksińskich uwiła sobie gniazdo. Wyciszona, roztropna Zofia, grana przez Aleksandrę Konieczną, Zdzisław, w tej roli Andrzej Seweryn i Tomasz, którego kreacja w wykonaniu Dawida Ogrodnika wzbudziła wiele kontrowersji. Z pozoru niczym się oni nie różnią od pozostałych lokatorów. Z pozoru, bo reżyser i scenarzysta na celownik wzięli sobie relacje między tą trójką, oddając niuanse rodzinnych szczęśliwości i smutków w taki sposób, w jaki od dawna nikomu w polskim kinie się nie udało. Ostatnia rodzina traktuje o takim rodzaju zażyłości i konfliktów, o jakim się po prostu nie mówi. On istnieje, doświadczamy go na co dzień, ale nie komentujemy, tylko przeżywamy. Dzieje się tak, bo pomiędzy rodzicami i ich dziećmi są czasem sprawy tak niepojęte i skomplikowane, że najzwyczajniej nie ma słów, by móc w odpowiedni sposób o nich opowiedzieć. Jak więc udało się to Janowi P. Matuszyńskiemu i Robertowi Bolesto? Za pomocą potężnej dawki skrajnych emocji.

Na ogromną pochwałę zasługuje w filmie gra aktorska, która już nie jest dobra jak na rodzime kino, a jest wybitnie dobra jak na poziom światowy. Tu nie ma aktorów – są ludzie. Nie ważne jak sprzeczni ze swymi pierwowzorami, bo nie mnie to oceniać, ale jako postacie istniejące w tej formie przekazu są fenomenalni. Jestem w stanie przymknąć oko na egzaltacje Tomasza Beksińskiego i jego nadzwyczaj przerysowane zachowanie – choć zapoznałam się z faktycznymi audycjami i wiem, że był on osobą o wiele bardziej zrównoważoną – ponieważ akceptuję przyjętą w filmie konwencję. Relacja ojciec-syn zbudowana jest tu na zasadzie dogłębnego kontrastu.

Oh, how I love you

Z jednej strony jawi się Zdzisław, wyzuty z emocji, maniakalnie nagrywający innych ludzi i rozmowy z nimi – choćby obiekt jego zainteresowania był trupem własnej matki – który nie ma problemu z przyznaniem się, że chciałby kogoś zgwałcić, a nie robi tego, ponieważ jest człowiekiem kulturalnym i brzydzi się przemocą. Wciąż jednak umysł złożony, wybitny i wyprzedzający w pewnych względach swoją epokę. Z drugiej zaś jego syn, człowiek niepotrafiący pogodzić się z brakiem zrozumienia dla jego wyidealizowanego obrazu świata, osoba niestabilna emocjonalnie i ze stanu euforii przechodząca w rozrywający wnętrze gniew lub smutek. Ich ciągłe wzajemne niedomówienia. A pomiędzy nimi żona oraz matka, która nigdy nie przestała martwić się o syna, która jest jak pomost łączący tych dwoje, starająca się zaradzić problemom. Taka życzliwa i poukładana, mająca złoty medal w dziedzinie prozaiczności, z którą to sztuką nie potrafili radzić sobie beksinscy-w-zapowiedzi-ostatniej-rodziny_articlenajważniejsi mężczyźni w jej życiu.

Jest nawet scena, kiedy to Zofia kameruje Zdzisława i Tomka, a poproszona o zbliżenie przyznaje, że nie może tego zrobić, bo we dwoje nie zmieszczą się w kadrze. Mogą w nim być jedynie oddzielnie. Syn i ojciec na zawsze podzieleni. Widać to jednak dopiero, kiedy Zofia odchodzi. Bez niej rodzina zaczyna się rozpadać. Jakby znane powszechnie fatum śmierci krążące nad Beksińskimi zdołało wedrzeć się do ich niezwyczajnie zwyczajnego życia dopiero po odejściu Pani Beksińskiej, romanistki.

Raz pranie, raz pogrzeb

Wszystko, co w polskim kinie bywało, i oby już nie było, problemem zupełnie traci rację bytu. Ostatnia rodzina jest realizacyjną perłą na poziomie udźwiękowienia, montażu, oświetlenia i prowadzenia narracji nieodstającą od kina brytyjskiego czy francuskiego. Bywa niezwykle radosna na złość osławionym obrazom Beksińskiego, ale także o wiele smutniejsza i bardziej dekadencka niż one. Pełna jest wzlotów i upadków. Ludzka to słowo, które najlepiej do niej pasuje. Esencją jej tempa, jej wydawałoby się urwanego i wstrząsającego zakończenia jest dywagacja o śmierci, która towarzyszy bohaterom w czasie picia herbaty, łamania się opłatkiem i pochmurnego poranka. Zawsze. Pęd Tanatosa, jak Freud określił jeden z dwóch popędów sterujących działaniami człowieka, czyli pęd destrukcji i unicestwienia, obecny jest u Beksińskich nieustannie, dając w chwilach wytchnienia złudne poczucie trwałości tego, co człowiekowi najbliższe. Choć wbrew temu więcej w obrazie Matuszyńskiego z istoty życia, które na przekór losowi ani myśli się poddać.

Ostatnia rodzina opowiada o zapleczu, o codziennej biografii sławnego nazwiska, która jest w głównej mierze biografią jego najbliższych. Ostatnia rodzina opowiada o życiu, o pięknych obrazach i próbie poradzenia sobie z niedziałającą kanalizacją. Jest niezwykła, czarująca i melancholijna. Ostatnia rodzina to obraz fizjologii artystycznego geniuszu i otaczających go ludzi.

Przysięgam, że jeżeli od teraz polskie kino ma wyglądać właśnie w ten sposób, to nie opuszczę nawet jednego dzieła znad Wisły i pójdę do kina na każdy film, choćby mnie to miało puścić z torbami.

 

Aleksandra Miaskowska

Malkontentka, która łatwo zakochuje się w książkach z różowym grzbietem. Uwielbia arcydzieła i arcygnioty. Tymi pierwszymi się zachwyca, przez drugie dusi się ze śmiechu. Nałogowo szuka dziury w całym. Lubi tylko takie kawałki, których nikt nie chce słuchać na imprezach. Ma fetysz na punkcie XIX wieku, zgrabnych metafor i nietuzinkowej prozy. Wszystko, co napisze najpierw czyta swojemu kotu Bobasce, choć ten rzadko chce jej słuchać.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz