Iskra, która zapoczątkuje nową sagę

Mateusz Tkaczyk
Iskra, która zapoczątkuje nową sagę

Idąc na Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, miałem naprawdę bardzo duże oczekiwania. To film, którego wyczekiwałem już od momentu pierwszych informacji na jego temat. Produkcja, której nie da się tylko obejrzeć. Gwiezdne Wojny się przeżywa.

Seans wraz z całą otoczką, rzucające się w oczy, i to na każdym kroku, plakaty, wystawy sklepowe pełne produktów sygnowanych logo Star Wars. Prawdopodobnie bardzo duża część ludzi uzna to za zwyczajny skok Disneya na pieniądze fanów, ja jednak uważam, że niesamowicie tworzy to klimat tego oczekiwania. To że wszędzie dostrzegam postacie ze świata stworzonego przez Lucasa, czy to na maszynkach do golenia, czy zabawkach dla dzieci, nie psuje mi absolutnie niczego. Wszystko wprowadza mnie w pewnego rodzaju trans. Czekam ze zniecierpliwieniem na upragniony seans, przestając od dnia premiery korzystać z mediów społecznościowych w obawie przed spojlerami. To wyczekiwanie i napięcie, jakiego dostarczyła mi premiera Ostatniego Jedi (Star Wars: The Last Jedi, 2017), opłacało się, bo już na wstępie powiem, że najnowszy epizod wciągnął mnie i zauroczył od pierwszych do ostatnich minut.

Warstwa fabularna w najnowszych Gwiezdnych Wojnach jest niezwykle istotna. Zostajemy wrzuceni w środek bitwy, a sama historia zaczyna się praktycznie zaraz po zakończeniu poprzedniego epizodu. Fabuła posuwa się do przodu, utwierdzając nas w przekonaniu, że oglądamy te same dobre Star Wars co zawsze, aż do pewnego momentu. Przychodzi bowiem chwila, kiedy to zostajemy sprowadzeni na ziemię przez twórców, potem dzieje się to jeszcze raz i jeszcze, aż do momentu, kiedy z naszego wyobrażenia filmu o bohaterach galaktycznej sagi nic nie zostaje. Ale w jaki sposób ten film to robi. To nie jest tylko tanie sprzedanie nowej formuły pod znaną licencją. Ostatni Jedi stanowi autonomiczne dzieło, które wciąga bez granic i daje takiego przyjacielskiego pstryczka w nos. Chociaż nie, to nie jest pstryczek, to potężny prawy sierpowy, który zwala nas z nóg na deski i sprawia, że przez chwilę jesteśmy otumanieni. Aczkolwiek katharsis, które nadchodzi po odzyskaniu pełni władz umysłowych sprawia, że odczuwamy masochistyczną potrzebę otrzymania kolejnego ciosu i kolejnego, aż do napisów końcowych. VIII epizod wciąga mnie w całości. Historia, która wydaje się w gruncie rzeczy bardzo prosta, nabiera niezwykle pociągającego charakteru pod wpływem zastosowanych zabiegów, a także tego, jak na tle poprzednich filmów jest przewrotowa.

W zasadzie ta odważna decyzja o zerwaniu z pewnymi przyjętymi konwencjami już sprawia, że film w mojej opinii jest genialny. Zrezygnowanie z zasad tak dobrze znanych fanom może być strzałem w kolano, ale dla mnie to otwarcie na nowe możliwości i zdecydowane odejście od powtarzalności, która prędzej czy później (przy aktualnym planie produkcyjnym Disneya) musiałaby nastąpić. Śmiało można powiedzieć, że w świetle zaprezentowanych wydarzeń VIII część staje się poniekąd zaczynem, otwiera nowy rozdział, staje się Nową Nadzieją dla całej sagi.

Warto także powiedzieć, że znakomite rozwiązania narracyjne nie są jedynym atutem tego filmu. Na uwagę zasługuje także całkiem przyzwoita gra aktorska. Nie jest to może najwyższa półka, ale całkiem zgrabnie to wszystko wygląda, a u konkretnych aktorów da się dostrzec duży potencjał, który sprawi, że gwiazdy Ostatniego Jedi zobaczymy w innych filmach, nie tylko ze względu na to, że wystąpili w wielkim hicie. Dodatkowo główny zły bohater jest dobrze napisany, ze świetnym backstory, która znakomicie motywuje jego zachowanie. To już nie jest zły bohater, który jest zły, bo jest Sithem lub nie mógł oprzeć się potędze ciemnej strony mocy.  To bohater, którego przeszłość i to jak był traktowany, doprowadziła do obecnego miejsca. Mam szczerą nadzieję, że wątek psychologiczny tej postaci zostanie jeszcze mocniej rozwinięty w następnej części. Oczywiście muzyka trzymała bardzo wysoki poziom, ale do tego zostaliśmy już przyzwyczajeni jakiś czas temu i tego VIII część nie zmienia.

Ostatni Jedi

Jednakowoż chciałbym pozostać rzetelnym w tym, co robię, więc powiem o rzeczach, które mi się nie podobały (aczkolwiek tych było bardzo mało). Przede wszystkim w oczy mocno rzucał się Disneyowski humor, który w wielu sytuacjach budował przyjemny klimat, natomiast były sceny, które wymagały powagi. Niestety poważność niektórych sytuacji została zburzona przez śmieszne wydarzenia np. rękojeść miecza świetlnego uderzająca Rey (Daisy Ridley) w czoło. Można także zarzucić to, iż nie pada odpowiedź na pytania, które zadawałem sobie przed premierą, ale jest to czysto personalny zarzut. Po prostu liczyłem, że twórcy potwierdzą lub obalą jednoznacznie moje przypuszczenia.

Nie da się ukryć, że jestem wielkim entuzjastą Ostatniego Jedi, zakochałem się  w tej produkcji bez granic. Oprócz całej tej wywrotowości w kontekście serii, VIII epizod stanowi także pewnego rodzaju wykładnię na temat tego, co dzieje się aktualnie na świecie. Szczególnie zaakcentowanym wątkiem – i widocznym na pierwszy rzut oka – wydaje się pokazanie przemocy wobec zwierząt, sam Chewbacca (Joonas Suotamo) wydaje protest rezygnując ze zjedzenia mięsa. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi  zrywa z przeszłością i na poziomie narracji i na poziomie wewnątrz sagowej konwencji. To świetne posunięcie będzie miało oczywiście swoje konsekwencje, gdyż ortodoksyjni fani sagi wyjdą z kina niezadowoleni, mówiąc, że to najgorsza część w historii. Dla mnie okres oczekiwania na IX część serii rozpoczął się zaraz po wyjściu z sali kinowej.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz