Jak to obudziłem się w normalnym państwie…

Tomasz Jakut
Jak to obudziłem się w normalnym państwie…

Od kilku dni sen z powiek wielu Polaków spędza zwykły świstek papieru, nad którym długie godziny obradował nasz parlament i ostatecznie stwierdził, że można go puścić w obieg. Tym samym wielu z przerażeniem odkryło, że obudziło się w państwie policyjnym, a ja z przerażeniem odkryłem, że obudziłem się w państwie… normalnym.

I zanim zacznie się festiwal pt. „Pan chyba oszalał, panie redaktorze”, pozwólcie, że zdefiniuję, co to znaczy „normalne”. Normalność zwykle określa się prostym kryterium: to, co robi większość, jest normalne. Dość ryzykowne kryterium w dzisiejszych czasach, ale – z racji tego, że mamy demokrację – niech wola większości obowiązuje. Tak określiwszy słowo „normalne”, mogę z czystym sumieniem powiedzieć: tak, obudziłem się w państwie, które jest całkowicie normalne i niczym niewyróżniające się na tle innych.

Co bardziej przerażeni najnowszymi zmianami chcą jak najszybciej wyjechać do lepszego kraju. Proponuję im udać się za ocean. W USA chętnie ich przygarną, a NSA w pełni uszanuje prawo do całkowitej prywatności. Dobrym pomysłem jest też udanie się do Australii lub Wielkiej Brytanii, gdzie na pewno żadna z pięciu par oczu nie spojrzy nam przez ramię. Jest także Rosja. Albo Chiny. Do wyboru, do koloru. Faktycznie: w każdym państwie lepiej niż u nas. W końcu większe fundusze na wywiad to lepsze techniki inwigilacji i przełamywania zabezpieczeń. Ba, są tak dobre, że nawet nie potrzebują odpowiednich zapisów prawnych! Prawda, że zacofani jesteśmy?

Że niby nie rozumiem powagi sytuacji? To nie tak. Rozumiem jak ważne jest prawo do prywatności, niemniej… jestem realistą. Nietrudno pokojarzyć fakty i zauważyć proste zależności. Jest niebezpieczeństwo → zwiększa się uprawnienia służb → nie pomogło, kolejny zamach → zwiększa się uprawnienia służb jeszcze bardziej. Idealny panoptykon. Chociaż bardziej przypomina to eksperyment Schrödingera: nie wiemy, czy zagrożenie w pudełku istnieje, czy nie. Szkoda tylko, że zamiast to pudełko otworzyć, czekamy aż wyleci w powietrze… albo pozostanie w bezruchu na wieki.

Rzeczywistość ludzka jest jak kot biednego fizyka: nieokreślona, dopóki się na nią nie patrzy. Nic zatem dziwnego, że co bardziej inteligentni z tych na górze doszli do wniosku, że trzeba ZAWSZE patrzeć – i to na WSZYSTKO. Tym samym całe społeczeństwo zostaje poddane kontroli. Patrzy się nam na ręce, zagląda do skrzynek na listy, sprawdza co jemy, analizuje ruch internetowy… Wszystko w imię zachowania ściśle określonego ładu społecznego. Ale w tym wszystkim zapomniano o jeszcze jednej, istotnej kwestii: każda obserwacja wpływa na obserwowany obiekt. Tym samym upragnionego stanu zachować się po prostu nie da.

Że niby moje dumania są zbytnio oderwane od rzeczywistości? Może, nigdy temu nie zaprzeczałem. Niemniej współczesny świat przyzwyczaja mnie do swojej wrogości. Wiem, że odebrano mi ważne prawo: prawo do bycia bez maski tym, kim chcę być. Wiem, że powinienem tego prawa chcieć… Ale zatem dlaczego inni go nie chcą? Dlaczego inni nie walczą? Czyżbyśmy po prostu przyzwalali Wielkiemu Bratu, by nas nieustannie obserwował?

Być może wynika to z przyzwyczajenia. W grę wchodzić może także strach. Cóż, niektórzy kochają Wielkiego Brata. Wszak wiara w niego to to, czego oczekuje się po praworządnym obywatelu demokratycznego państwa. Tylko, czy ludzie są z natury dobrzy? A może to nie problem ludzi, lecz państwa, które nie jest z natury?

Bądźmy przez chwilę znów realistami. Zastanówmy się, czy ta ustawa faktycznie coś zmienia. Czy przypadkiem w naszej świadomości od dawna już nie pokutuje przekonanie, że wiadomo o nas wszystko (i to na nasze własne, internetowe życzenie!). Czy przypadkiem sami nie stworzyliśmy Wielkiego Brata.

A ja – czy kocham Wielkiego Brata? Nie. Ale go także nie nienawidzę.

Chyba najbardziej przerażające w tym jest to, że on mnie po prostu nie obchodzi.

Już nie obchodzi.

Tomasz Jakut

W niektórych kręgach znany bardziej jako Comandeer. Nadmiernie owłosione indywiduum zajmujące się dwiema całkowicie sprzecznymi ze sobą dziedzinami życia, jakimi są pisanie i programowanie. Przez jednych wyklinany jako zbytni konserwatysta w sprawach czystości kodu, przez drugich wskazywany jako przykład nieustannego narzekania przy pomocy pióra. Wiecznie niezadowolony i gotowy do krytykowania wszystkiego, co można skrytykować. Nic zatem dziwnego, że w Magnifier przypadła mu rola korektora…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy