James Bay – Chaos and the Calm

Adrian Bryniak
James Bay – Chaos and the Calm

Hozier, Ed Sheeran czy George Ezra – to najpopularniejsi w ostatnich czasach piosenkarze-kompozytorzy rodem z Wysp Brytyjskich. W kolejce czeka już kolejny. Jego znaki rozpoznawcze to kapelusz na głowie i głos, którym może porwać za sobą tłumy.

Źródło: https://www.facebook.com/jamesbaymusic

Źródło: https://www.facebook.com/jamesbaymusic

James Bay, bo o nim mowa, ma 24 lata i, miejmy nadzieję, długą karierę przed sobą. Na przestrzeni półtora roku wydał cztery minialbumy i został dostrzeżony między innymi przez BBC, zdobywając drugie miejsce w Sound of 2015 – corocznym konkursie młodych artystów, który często otwiera drogę do muzycznej sławy (w przeszłości główną nagrodę zdobywali m.in. 50 Cent, Adele, Ellie Goulding, Jessie J czy Sam Smith). Ten sukces spowodował większe zainteresowanie mediów jego osobą. 20 marca br. James Bay zadebiutował swoją płytą zatytułowaną Chaos and the Calm.

Cały album trwa 48 minut. Czas przepełniony wszelkimi emocjami od euforii po rozpacz. Wszystko okraszone ukochaną Jamesa: jego gitarą i, co ważniejsze, jego głosem. Wisienką na torcie jest fakt, że produkcją albumu zajął się Jacquire King, znany głównie ze współpracy z Kings of Leon oraz Of Monsters and Men. Bardzo obiecujący początek, czyż nie?

Zaczynamy od Craving – rockowe uderzenie, które pozwoli świetnie wczuć się w temat. Niesamowite, że partie wokalne zaserwowane w refrenie, o których poprawnym zaśpiewaniu przeciętny człowiek może ledwie pomarzyć, dla Jamesa stanowią całkiem niezłą rozgrzewkę. Takowa jest jednak niezbędna, gdyż za rogiem czyha już jego największy na dzień dzisiejszy hit: Hold Back the River. Niezwykła pieśń o miłości w klimacie indie, która prawdopodobnie niedługo będzie odtwarzana przez stacje radiowe na całym świecie.

 

Następny zabieg nie jest już jednak tak bardzo udany: Let It Go to ballada, która tak na dobrą sprawę nie jest zbyt porywająca, chociaż to jeden z singli promujących to wydawnictwo. Refren tej piosenki brzmi:

 

„C’mon, Let It Go
Just Let it Be
Why Don’t You’ll be You
And I’ll Be Me?”

 

Już po tym cytacie od razu widać, że piosenka jest nieco zbyt banalna i, w gruncie rzeczy, o niczym.
Serce zamiera, gdy słychać następny kawałek, który rozpoczynają melancholijne klawisze, podobne do tych z Another Love Toma Odella. Później okazuje się jednak, że obawy są zupełnie nieuzasadnione i ta piosenka – If You Ever Wanna Be In Love to jeden z mocniejszych, o ile nie najmocniejszy punkt albumu. Trochę w stylu Roda Stewarta ze szczyptą popowej radości. Co ważniejsze, Bay postanawia kontynuować grę w podobnym klimacie przy Best Fake Smile. Utwór to bardzo energetyczne połączenie klasycznego rocka z popem. Jego mankamentem jest tutaj … głos Jamesa. Nie chodzi o żadne nieczystości (jemu się to po prostu nie zdarza), lecz o jego oszczędzanie. Gdyby zaśpiewał ten utwór mocniej, mówilibyśmy o jednym z większych hitów tego roku. Wciąż jednak może się on zadomowić na czołówkach list przebojów. Osobiście żałuję także, że nie dostaliśmy tutaj części a capella od Jamesa Bay’a.

 

When We Were On Fire to piosenka, która podkreśla styl artysty: trochę rocka, trochę popu, a do tego klawisze i nowość w postaci chórków: jak najbardziej układające się w jedną całość. Piosenka ta nie emanuje już jednak taką dawką radości, a to dlatego, że następna w kolejce jest słodka i ckliwa ballada Move Together. W tym miejscu wokal „z rezerwą” jest odpowiedni, wręcz zalecany. James Bay pokazuje, że w takim spokojnym klimacie czuje się jak ryba w wodzie. To jest moment, w którym można się zastanawiać: „czy może być lepiej?”. Na odpowiedź należy czekać … jedną piosenkę. Scars to jedyny utwór na albumie, do której tekst Bay pisał samodzielnie. Zaczyna się chaotycznie, ciężko nawet na wstępie określić jej rytm. Dopiero przy refrenie wiadomo z czym będziemy mieć do czynienia: Bay daje z siebie wszystko, niemal zdzierając swój głos i wkładając całe serce w jej wykonanie. A z każdą kolejną sekundą emocje rosną. Wreszcie, po drugim refrenie następuje przyspieszenie i wokalista oddaje się w pełni piosence. Dla mnie, to po prostu najlepszy utwór na albumie.

 

Powstaje zatem pytanie: czym przeciąć tak potężny kawałek? Bay postawił na … rock and roll. Jest to kolejna niespodzianka na albumie – taneczne Collide. Za tym idzie Get Out While You Can, czyli piosenka, którą „gdzieś się kiedyś słyszało, ale nie pamięta się co to jest”. Ale wystarczy zaczekać do refrenu, by upewnić się, że „to coś czego się nie pamięta” to nic innego niż Use Somebody wspomnianych wcześniej Kings of Leon. Oczywiście, pozbawione jest ono tej potęgi, którą ma utwór stworzony przez ten band rodem z Nashville, ale ciekawie się tego słucha z tym wokalem. Zostaje jeszcze Need the Sun to Break, dla fanów gitary z przyjaciółmi przy ognisku oraz Incomplete: ballada, do której tekst pisał Jake Gosling, czyli jeden z ojców sukcesu Eda Sheerana. Ta ostatnia zawiera bardzo przyjemne i klimatyczne chórki, które podpowiadają, że album ma się ku końcowi.

Zdjęcie: Alex Shahmiri Źródło: https://www.facebook.com/jamesbaymusic

Zdjęcie: Alex Shahmiri
Źródło: https://www.facebook.com/jamesbaymusic

Żeby nie było tak różowo kilka uwag. Moim zdaniem Bay powinien jeszcze popracować nad tekstami. Zwłaszcza wspomniane Let It Go razi pod tym względem. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to debiut, z którego artysta może i powinien być dumny. Z tym głosem chyba kwestią czasu jest to kiedy osiągnie on sławę. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne jego produkcje będą trzymać poziom Chaos and the Calm.

 

 

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy