King Kong powraca…

Grzegorz Stokłosa
King Kong powraca…

Hollywoodzkie zamiłowanie do „ulepszania” nie zwalnia tempa. Twórcy pokazują nam coraz więcej znanych produkcji, w nieco innych interpretacjach. Jednak, wraz z owym procesem, narasta fala pytań. W zasadzie wszystko rozbija się o jedno pytanie – po co? W jakim celu wielcy świata kina decydują się na powtarzanie tych samych historii w kółko? A w tym przypadku – po co opowiadać po raz kolejny o wielkiej małpie? Spróbujmy na to odpowiedzieć…

Jak podejrzewam, każdy wie kim jest King Kong? Historia potwora, który zakochuje się w aktorce, znana jest od lat. Mało tego! Goryl ma swoją rzeszę fanów, nienawidzącą przemysłu filmowego za uśmiercenie zakochanej, samotnej małpy. Czy ta historia jest przesadzona? Pewnie tak, ale mówimy o fikcji filmowej – wiele rzeczy jest dozwolonych. W każdym razie warto jest prześledzić dzieje King Konga. Pierwsza część została zaprezentowana w roku 1933. Czarno-biały Kong, słynna scena wdrapywania się na wieżowiec w Nowym Jorku – prawdziwa uczta dla konesera filmowej sztuki. W tym samym roku, reżyser postanowił opowiedzieć o synu strasznego Konga. Potem kilka lat separacji od wielkiej małpy, aż do roku 1962. Wtedy, Japonia i Ameryka połączyły siły w jednym celu. Ukazania starcia Godzilli z King Kongiem. Kolejne lata przynoszą jeszcze kilka interpretacji tej historii, ale warto jeszcze wspomnieć rok 2005 – Peter Jackson decyduje się pokazać swoją wersję wydarzeń. Produkcja jest dość dobra by zgarnąć trzy Oscary, obsada przyciąga tłumy i film zarabia ponad pół miliarda dolarów. Więc po co w roku 2017 ktoś, a dokładniej Jordan Vogt-Roberts, pokazuje piętnastą wersję Kongowego świata?

Nie chodzi mi o to, że film jest tragiczny, chociaż… Widowisko samo w sobie oceniłbym jako średnie. Ale idea tego filmu sama w sobie jest błędna. Zostaliśmy wciągnięci w dramatyczną pętlę. Nikt nawet nie próbuje wymyślać nowych filmów, a nawet nikt nie próbuje poprawiać starych. Co miałoby być niezwykłego w Kong: Wyspa Czaszki? Małpa w lepszym wydaniu? Ok – jakość jest lepsza. Efekty lepsze niż w 1933? Zgoda, jednak komputer robi swoje. Obsada? Że niby Brie Larson ma się mierzyć z Fay Wray? Nie, nie i jeszcze raz nie!

W zasadzie wybrałem się na ów film ze względu na zachwalane efekty. I faktycznie – efekty robią wrażenie. Ale czym są efekty bez sensownej fabuły, bez charyzmatycznych postaci, bez pomysłu na film? A może właśnie to było zamiarem twórców – wyśmiać współczesne, wysokobudżetowe produkcje, które skupiają się w zbyt wielkim stopniu na efektach? Pokazać przejaskrawiony obraz, by dać im do myślenia? Być może. W każdym razie. Ja nie ocenię Konga: Wyspa Czaszki w sposób wskazujący by produkcja zrobiła na mnie wrażenie z prostej przyczyny – nie zrobiła. Jest przewidywalna, nie zaskakuje, a postaci są niczym z betonu – podłóżmy im syntezator IVONA – ich głosy będą zdradzać więcej emocji. By nie być jednak całkowicie na nie – wielki szacunek dla Samuela L. Jacksona, który gra naprawdę nieźle. Niestety, jeden aktor nie dźwignie całego filmu, zwłaszcza gdy to nie on jest tytułową małpą.

Film na ekrany światowych kin trafił pod koniec lutego. W Polsce miał swoją premierę kilka dni później, dziesiątego marca. O dziwo zarobił już ćwierć miliarda dolarów, co wskazywać by mogło, że większości się jednak podoba. W mojej ocenie jednak jest po prostu cieniem, choć równie dobrze mogę się mylić. Najlepiej więc przeboleć te dwadzieścia złotych i przekonać się na własne oczy, czy Kong: Wyspa Czaszki to była dobra decyzja. Albo… Może lepiej wydać to na coś innego, chociażby jutrzejszy obiad?

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy