Kingsman: Niekompletna układanka

Mateusz Tkaczyk
Kingsman: Niekompletna układanka

Idąc na film Kingsman: Złoty Krąg (Kingsman: The Golden Circle, 2017), liczyłem na bardzo dużo. Od tego dzieła oczekiwałem, że będzie niesamowitym następcą poprzedniej części. Moje nadzieje nie były bezpodstawne, gdyż w tym, że Złoty Krąg będzie fantastyczny, utwierdzały mnie zwiastuny zapowiadające film. Jednakże bardzo często bywa tak, że w dwuminutowej prezentacji dzieła widzimy tylko wybiórcze, te najlepsze momenty z całej ekranizacji. Niestety w przypadku nowego Kingsmana jest to bardzo widoczne. Oczywiście film nie jest tylko rozbudowaniem zapowiedzi, aczkolwiek zdecydowanie odbiega od niej poziomem.

Historia, którą widzimy, prezentuje dalsze losy bohatera poznanego w pierwszej części, czyli Eggsy’ego (Taron Egerton). Jest on superubranym, superwyszkolonym, superwyposażonym superszpiegiem. Nagromadzenie słowa super nie jest tutaj przypadkowe, ponieważ oglądając Złoty Krąg, mamy wrażenie, że wszystko, co widzimy, jest bardzo widowiskowe, niesamowite, pełne nieustającej akcji. Sceny walki przepełnione są ekwilibrystycznymi ruchami bohaterów, jednym słowem: konkretne momenty są po prostu super. To pierwsze i najprostsze słowo, które przychodzi mi do głowy, ale fantastycznie oddaje ono klimat dzieła. Wróćmy jednak do historii. Eggsy oraz Merlin (Mark Strong) w wyniku niekorzystnych wydarzeń będą musieli nawiązać współpracę z bliźniaczą organizacją, działającą na terenie Stanów Zjednoczonych. Razem ze Statesmanami muszą rozwiązać sprawę tajemniczych narkotyków, które doprowadzają użytkownika do śmierci. Tak w skrócie można opisać fabułę zaprezentowaną w Kingsman: Złoty Krąg.

Trzeba przyznać, że nie jest ona najmocniejszą stroną dzieła. Jednak na początku wspomnijmy o plusach. Tych nie było wcale tak mało. Przede wszystkim – dobrze napisane postacie. Każda, z którą mamy styczność na ekranie, potrafi nas w pewien sposób oczarować. Nawet negatywne postacie mają w sobie to „coś”. Z pewnością to zasługa przyzwoitego aktorstwa. Tu szczególnie wyróżniająca się postacią jest Poppy (Julianne Moor). Aktorka świetnie wcieliła się w postać czarnego charakteru i to nie byle jakiego. Poppy nie jest typowym przedstawicielem kryminalnego świata. Raczej kobietą z pewnymi problemami psychicznymi, która jest w stanie posunąć się do wszystkiego, aby wyjść z cienia. Na uwagę zasługuje także ścieżka dźwiękowa, która niewątpliwie jest wielkim atutem filmu. Świetnie dobrane utwory znakomicie opisują w muzyczny sposób to, co dzieje się na ekranie. W zasadzie mam wrażenie, że ten film bez muzyki nie mógłby istnieć. Kingsman stawia też na całkiem przyjemny humor. Nie jest go za dużo, jednak gdy już się pojawi, potrafi nieźle rozbawić. Na ekranie mogliśmy zobaczyć również kilka bardzo dobrych scen: sposób pokazywania walk lub też przyjazd Eggsy’ego i Merlina do siedziby Statesmanów moim zdaniem są świetne.

Jednak te sceny są równocześnie największym mankamentem produkcji. Film w zasadzie jest tylko zbiorem dobrych scen, które w całości nie dają aż tak pozytywnego wrażenia. To tak jakbyśmy dostali zestaw z klocków Lego i cieszyli się poszczególnym częściami, których jeszcze nie mamy w swojej kolekcji, ale po złożeniu budowli zauważylibyśmy, że brakuje kilku elementów i nie jest ona w jednolitym kolorze. Całościowy efekt już nie będzie nas cieszyć tak, jak te poszczególne klocki. Tak samo jest ze Złotym Kręgiem. Kiedy wytniemy najlepsze sceny, będą one niesamowicie widowiskowe, ale gdy oglądamy cały film, to coś jest nie tak. Wystarczy powiedzieć, że w pewnym momencie musimy słuchać pełnych powagi wypowiedzi w stylu: „Warto jest mieć dla kogo żyć”. Stwierdzenie stare jak świat i kompletnie niepasujące do całości. Dodatkowo film był zbyt mało absurdalny. Tylko jedna scena była dla mnie wystarczająco absurdalna. Być może wielu nie uzna tego za wadę, ale mi tego zabrakło. Liczyłem na to, że twórcy pójdą po bandzie i naprawdę przegną. W efekcie otrzymaliśmy dzieło, które, mimo kilku mocnych sekwencji, jest zbyt grzeczne.

Kingsman: Złoty Krąg nie spełnił moich oczekiwań. Te, co prawda, były postawione bardzo wysoko, ale to ze względu na to, jak bardzo podobał mi się Kingsman: Tajne Służby (Kingsman: The Secret Service, 2014). Mimo tych minusów i tego, że film mnie zawiódł, skłamałbym gdybym powiedział, że nie bawiłem się dobrze. Dzieło dostarczyło mi mnóstwa dobrej zabawy, po wyjściu z sali kinowej przepełniony pozytywną energią, chciałem śpiewać Free Bird. Idąc na taki film, to właśnie dobra zabawa stoi na pierwszym miejscu, a tej mimo wszystko nowy Kingsman dostarcza bardzo dużo. Ostatnim powodem dla którego warto obejrzeć tę produkcję, jest Elton John. Ofensywny Elton John.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy