Lont już płonie…

Tomasz Jakut
Lont już płonie…

Ach, spokojny, jesienny wieczór, podczas którego nic się nie dzieje. Można usiąść sobie wygodnie na sofie (twardej jak skała, bo przecież dzisiaj moda na zdrowie, a zdrowy kręgosłup to odciski na tylnej części ciała), włączyć telewizję i pooglądać najnowsze wiadomości, kojąc swój umysł tym, jak to dobrze i dostatnie żyje się ludziom na świecie…

I jeśli, Drogi Czytelniku, nie masz tej chwili, by usiąść i dowiedzieć się, co się dzieje na świecie, pozwól, że Ci powiem: znowu kogoś zabili, jakiś autobus przewrócił się na autostradzie, a kolejny pijany kierowca potrącił zakonnicę w ciąży przechodzącą na czerwonym świetle. To wszystko na tle kolejnych zamachów terrorystycznych i nowej ustawy, która tym razem ustala dozwoloną odległość między nogami w krześle. Nie czujesz się ukojony wspaniałością naszej cywilizacji?

Trzeba by naprawdę mocno klupnąć się w czachę, żeby słysząc – choćby mimochodem – te wszystkie newsy, myśleć, że jest cacy. Nie jest. Jest źle, by nie rzec: tragicznie. Od czasu do czasu przebąkuje się po cichutku o III wojnie światowej czy wręcz zagładzie nuklearnej (wszak to naciśnięcie czerwonego przycisku), a telewizja ochoczo pokazuje nam czołgi przejeżdżające z jednego miejsca na drugie. Słyszymy, że trzeba się zbroić, bo tylko tak można zapewnić pokój. Słyszymy o zagrożeniu, które czyha na nas z każdej strony: terroryści, politycy, eurokołchoz, islamska zawierucha, nacjonalistyczny obłęd, mizogini w koloratkach… Czasami strach otworzyć lodówkę, bo zmodyfikowana genetycznie żywność pewnie już czeka, żeby wyżreć nam mózgi.

Nic zatem dziwnego, że ta spirala strachu skłania ludzi do refleksji. Refleksji wydawałoby się niezbyt oczywistych. Refleksji, które przemontowują rzeczywistość – a przynajmniej to, co niektórzy chcą abyśmy traktowali jako rzeczywistość. No bo czy aby na pewno wieże WTC runęły po zamachach terrorystycznych? A może była to false flag, która pozwoliła Amerykanom zająć siłą tereny roponośne pod przykrywką wojny z terroryzmem? A jeśli już przy terroryzmie jesteśmy, to najnowsze doniesienia sugerują, że ISIS jakoby powstało również na zlecenie USA (i sama Hillary Clinton brała w tym udział!). Oczywiście nie wspominając o tym, że Osama bin Laden był rzecz jasna szpiegiem CIA i umarł na długo przed swym słynnym aresztowaniem. Ale zostawmy już ten cały terroryzm – wszak są ważniejsze sprawy! Wystarczy spojrzeć na liczbę znaków masońskich w Waszyngtonie. Nawet plan miasta nawiązuje do filozofii wolnomularskiej. To oczywisty znak, że USA rządzą masoni, a kim oni są, każdy wie (Iluminaci!). Grupa Bilderberg to tak naprawdę ich marionetki, wykonujące posłusznie rozkazy zmierzające do ograniczenia ludzkiej populacji. Robi się to przy pomocy szczepionek i rozsiewania po niebie chemitrails. Dla bardziej opornych przygotowano broń energetyczną, która powoduje objawy identyczne z depresją (żeby oczywiście nikt się nie zorientował). A to wszystko przykryte grubą warstwą kapitalizmu, by konsumpcjonizmem zniewolić rozwinięte społeczeństwa i zmusić do katorżniczej pracy, aby kasta bogów (Iluminatów) miała za co balować. Zresztą to już długo nie potrwa, bo zgodnie z przepowiedniami cała Europa zostanie zalana, a z Polski zostaną tylko góry… I pomyśleć, że zaczęło się od niewinnego kłamstwa, że Amerykanie wylądowali na Księżycu!

Im więcej słucham, tym mniej chcę słyszeć. I problemem nie jest to, czy dane rzeczy są prawdą, czy totalną fikcją – to całkowicie nieistotne. Istotne jest inne, jeszcze bardziej przerażające pytanie: czemu ludzie w to wierzą? Czemu ludzie chcą wierzyć w to, że ten świat jest jeszcze bardziej zepsuty niż jest naprawdę? Czemu wierzymy w to, że bliżej niezidentyfikowana kasta demiurgów pociąga za sznurki? Czyżby to była współczesna mitologia? Bogowie greccy są dla nas zbyt bajkowi, zatem stworzyliśmy sobie nowych, na nasz obraz i podobieństwo – zatem będących czystym zepsuciem.

A może po prosu uwielbiamy się bawić zapaloną laską dynamitu? Podrzucać nią sobie, gasić lont w ostatniej chwili, śmiać się śmierci prosto w twarz… Szkoda, że zapominamy, że to często życie jest odbiciem naszej artystycznej, mitologicznej twórczości, a nie na odwrót. A większość proroctw tego świata samospełniła się.

Tik-tak, tik-tak – zdążymy zgasić…?

Tomasz Jakut

W niektórych kręgach znany bardziej jako Comandeer. Nadmiernie owłosione indywiduum zajmujące się dwiema całkowicie sprzecznymi ze sobą dziedzinami życia, jakimi są pisanie i programowanie. Przez jednych wyklinany jako zbytni konserwatysta w sprawach czystości kodu, przez drugich wskazywany jako przykład nieustannego narzekania przy pomocy pióra. Wiecznie niezadowolony i gotowy do krytykowania wszystkiego, co można skrytykować. Nic zatem dziwnego, że w Magnifier przypadła mu rola korektora…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy