Ludzie, którzy grzeszą

Klaudia Chwastek
Ludzie, którzy grzeszą

Kler – film, o którym było głośno jeszcze przed jego wejściem do kin, film, o którym jest głośno i o którym najprawdopodobniej wciąż głośno będzie, chociażby z tego względu, że pobił utrzymujący się od 30 lat rekord oglądalności w Polsce. I owszem, można zadawać pytanie czy słusznie, a pewnie odpowiedzi będzie tyle ile zapytanych. Jedno jest jednak pewne – Smarzowski zaszalał.

Nowe dzieło – bo, nie oszukujmy się, Smarzowski tworzy filmy, które zostają w pamięci i do których po wielu latach od premiery wciąż się mówi – porusza temat w Polsce nieco… drażliwy – kler. I można dyskutować, czy jest to film o Kościele, czy kościele, czy jest o wierze, czy o instytucji. W mediach przekrzykują się tylko o czym jest i dyskutują, chociaż film niekoniecznie widzieli.

Kler to z pewnością nie jest film łatwy. I chociaż na samym początku bawi nas, słychać na sali kinowej śmiechy, to na koniec, w stylu Smarzowskiego, jesteśmy wciśnięci w fotel i wychodzimy w ciszy, niekiedy wśród braw.

W Klerze mamy czterech głównych bohaterów, w których wcielają się: Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Jacek Braciak i Arkadiusz Jakubik. Mamy imprezy, alkohol, wyciąganie pieniędzy z worka bez dna, manipulowanie przetargami i przede wszystkim ludźmi. Pod tym względem – manipulacji – gdy siedziałam w kinie i widziałam te sceny na ekranie, przypominało mi to House of Cards. Zbieranie haków, przekupstwa, rozegranie wszystkiego tak, by ugrać jak najwięcej dla siebie, a to, co może mi zaszkodzić, zamieść pod dywan. Tego rodzaju bohaterem był zdecydowanie ksiądz Lisowski, w którego wcielał się Braciak, dorzucić do tego można arcybiskupa Mordowicza, w którego rewelacyjnie wcielił się Gajos. To był wątek, który mnie najbardziej trzymał w napięciu, który pokazywał totalną brutalność i kłamstwo – obnażał te dwie rzeczy, pokazywał, jak to wygląda naprawdę. Jednak, nie oszukujmy się, tak jest nie tylko w kościele.

Jednak w tym filmie pokazany został również problem pedofilii. Pokazany został mocno i dobitnie. Jest to wątek bardzo poruszający, a tym samym pokazujący niejako, gdzie leży początkowy problem. Jak łatwo oskarżyć niewinną osobę i jak łatwo uchronić winnego. Z kolei ofiarę… zignorować. W filmie jest to wątek, który oddziałuje intensywnie na widza, a tym samym łączy się z tym wcześniejszym wątkiem. Gdyby pozostawić tylko te dwa elementy i nieco je rozbudować, film zdecydowanie byłby mocniejszy. Jednak to, co było w przypadku tych dwóch wątków, to wyjaśnienie, co za tym wszystkim stało – historia tych bohaterów. Nie było tego w przypadku księdza Trybusa, granego przez Więckiewicza. Moim zdaniem ta historia byłą najsłabsza. Ksiądz Trybus w porównaniu z innymi bohaterami był najmniej wyraźny – była tu miłość do kobiety, alkoholizm, ale nic więcej. Owszem, jest problem, ale przy poprzednich wątkach był nieco nijaki, przynajmniej dla mnie. Smarzowski chciał pokazać różne przypadki, różnych księży i różne osobowości. To mu się udało, tylko że waga tych problemów drastycznie się różniła.

To, co Smarzowski chciał pokazać, to pokazał i jest to zdecydowanie mocne, wbijające w fotel. A to, co zostało ukazane, a co mi zapadło w pamięci, to z pewnością ostatnia scena. Którą sprowadzić można do słów, że mamy być dla bliźnich, miłować ich, ale w efekcie końcowym i tak patrzymy, jak umierają, nie reagując, a nagrywając, bo przekaz medialny jest ważniejszy od drugiego człowieka.

Musze przyznać, że, idąc na ten film, nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Zwłaszcza, że pod względem przekazu medialnego było to wszystko nad wyraz rozdmuchane. Nie był to film o instytucji kościoła, był to film o ludziach, którzy go tworzą, a ludzie są grzeszni. To mógłby być film równie dobrze o innej grupie społecznej. Smarzowski wybrał kler, jednak w żaden sposób nie uderza on w wiarę. Pokazuje po prostu gigantyczne problemy, na które trochę nie ma rozwiązania. Ja muszę przyznać, że wyszłam z kina z pewnym niedosytem. Brakowało mi czegoś – historii księdza Trybusa, muzyki, która nadałaby filmowi więcej dramaturgii… Nie oznacza to jednak, że film mi się nie podobał. Ale brakowało mi kropki nad tym przysłowiowym i, która domknęłaby mi ten film w całości.

Klaudia Chwastek

Redaktor naczelna Magnifier. Absolwenta Akademii Ignatianum w Krakowie na kierunku kulturoznawstwo. W obszarze jej zainteresowań znajdują się social media. Chętnie bierze udział w różnorakich imprezach kulturalnych. Miłośniczka Krakowa i kawy.

Kontakt: klaudia.chwastek@e-magnifier.pl

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy