No mission too difficult, no sacrifice too great

Mateusz Tkaczyk
No mission too difficult, no sacrifice too great

Premiera Call of Duty: WW II odbyła się w Polsce trzeciego listopada. Od czasu pierwszych pokazów wiązałem z tą grą duże nadzieje. I już na wstępie powiem, że nadzieje te spełniły się.

Po kilku latach, przez które seria zabierała nas do bliżej nieokreślonej przyszłości, dając nam do dyspozycji nowoczesną broń oraz kombinezony umożliwiające super skoki, w końcu gracze na całym świecie mają możliwość strzelania na frontach II wojny światowej. A tego właśnie oczekiwano: prostej pieszej strzelanki, bez niesamowitych przyrządów celowniczych, dziwnych granatów, czy broni, która nigdy nie istniała. Teraz dostaliśmy klasycznego M1 Garand, z którego strzelanie sprawia ogromną frajdę, zwłaszcza kiedy po opróżnieniu magazynka słyszymy tak charakterystyczny dla tej broni klik.

 

Szeregowy do broni!

„No mission too difficult, no sacrifice too great”. To jest motto plutonu, w którym walczy główny bohater kampanii fabularnej: szeregowy Daniels (Brett Zimmerman). Twórcy nowego Call of Duty wzięli sobie do serca tę sentencję, dając graczom coraz to trudniejsze misje do rozegrania. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie, kiedy w jednym momencie przez swoją frustrację zmniejszyłem poziom trudności. Sama fabuła opiera się na wydarzeniach, rozgrywających się pomiędzy 6 czerwca 1944 roku czyli lądowaniem wojsk alianckich w Normandii, a marcem 1945 roku, kiedy to aliantom udało się zdobyć ostatni most na Renie. I już ta pierwsza misja zrobiła na mnie duże wrażenie. Pokazała zamęt, jaki panował na polu bitwy oraz rzeź, która miała miejsce na plaży Omaha. Płynąc łodzią w kierunku brzegu, nie widzimy nic oprócz wody rozpryskującej się na kadłubie naszej barki. Słyszymy strzały i widzimy spiętrzenia wody wywołane wybuchami, jednak dopiero gdy otworzy się wyjście ze statku, zobaczymy, z czym będziemy musieli się zmierzyć. Już pierwsza seria z niemieckiego karabinu maszynowego zabija połowę załogi. Kiedy docieramy do plaży widzimy jeszcze więcej ofiar. Twórcy gry prowadzą kampanię w iście filmowy sposób – z bardzo dużym rozmachem i całkiem sprawnie. Udało im się sprawić, że do razu wchodzimy w skórę szeregowego Danielsa.  Oczywiście nie dało się w tej sytuacji uniknąć patetycznego tonu. Bo to przecież amerykańscy synowie, nieskalani grzechem, ruszyli do boju. W kampanii będziemy świadkami heroicznych czynów. Czasami może się wydawać, że aż zbyt heroicznych. Nawet pozornie negatywny bohater, sierżant Pierson (Josh Duhamel), walczący w armii amerykańskiej, okaże się wspaniałym dowódcą, który nie może uporać się z błędami przeszłości. Mimo wszystko harmonia została zachowana. Amerykanie to ci dobrzy, natomiast Niemcy są źli i ten podział wyraźnie widać w trakcie gry. Dla mnie ta wyniosłość i heroizacja amerykańskich żołnierzy nie jest aż tak bardzo negatywna, zwłaszcza, że twórcy gry nie mogli, tudzież nie chcieli, zbyt mieszać w historii. Faktem jest, że Amerykanie walczyli z nazistami w trakcie II wojny światowej i prawdopodobnie dla wielu ludzi byli oni wtedy bohaterami. Patetyczność nie powoduje, że kampania jest zła, po prostu mamy możliwość zagrania najlepszymi z najlepszych w amerykańskiej armii. I pod względem moralności, i umiejętności, jakie prezentują na polu bitwy.

Pozostawiając temat samej historii, warto powiedzieć parę słów o tym, jak się gra w kampanię. Na początku odniosłem wrażenie, że gra jest mniej oskryptowana od swoich poprzedniczek. Co prawda pojawiają się tutaj momenty, w których możemy spokojnie zabić wszystkich przeciwników bez ruszania się z miejsca, ale zdarzają się one bardzo rzadko. Więcej razy będziemy musieli wykonać jakiś konkretne zadanie, żeby wrogowie przestali nacierać. Czasem trzeba przemieścić się w inne miejsce, czasem zniszczyć czołg. To jedna z tych rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Momentami trzeba chwili przerwy, aby się uleczyć lub uzupełnić amunicję, a ciężko jest to zrobić, kiedy wciąż nacierają na nas Niemcy. Za to na duży plus należy zaliczyć zaprojektowanie misji. Część z nich możemy przejść, skradając się, ale wykrycie gracza przez wrogów wcale nie kończy misji. Wręcz przeciwnie: takie zadania możemy rozegrać po swojemu. Albo skradając się, albo urządzając strzelaninę. W swoje ręce dostajemy dużą i zróżnicowaną ilość sprzętu. Sama broń jest idealnie dobrana do warunków, w jakich będziemy walczyć. W ciasnych miejskich uliczkach dostaniemy szybkostrzelny pistolet maszynowy, natomiast walcząc na otwartym, dużym, terenie, w nasze ręce wpadnie samopowtarzalny karabin o dużym zasięgu i dużej sile rażenia. Konkretne misje też różnią się od siebie. Czasami przyjdzie nam wcielić się w innego bohatera i przeprowadzić misję wywiadowczą w niemieckim biurze. Innym razem będziemy musieli, jako pilot myśliwca, eskortować bombowce, które mają wesprzeć naszych żołnierzy z powietrza. Dodatkowo nasi kompani mają przypisane konkretne zdolności. Jeden z żołnierzy naszego plutonu może podzielić się z nami amunicją, drugi da apteczkę pierwszej pomocy. Na szczęście nie jest tak, że nasz żołnierz może prosić co chwilę o apteczkę. Nasi kompani przez konkretny czas nie mogą nas wspierać, dopiero po naładowaniu umiejętności będą do dyspozycji. Bardzo spodobało mi się też to, iż postać, którą sterujemy, ma swój własny głos i swoje własne przemyślenia, których nie boi się głośno wypowiadać. Szeregowy Daniels jest postacią z krwi i kości, a nie, jak to często bywa we współczesnych FPSach, tylko szarym człowiekiem wykonującym rozkazy. Moim największym zarzutem do kampanii  jest to, że jest za krótka. Zdaję sobie sprawę, że dziś w grach takich jak Call of Duty tryb dla pojedynczego gracza jest tylko dodatkiem do trybu wieloosobowego, ale przez te kilka godzin zdążyłem polubić Danielsa i jego drużynę. Na dodatek historia kończy się w takim momencie, że wydaje się, że twórcom nie wystarczyło czasu na dokończenie dwóch ostatnich misji. Mimo wszystko kampania zaprezentowana w Call of Duty: WW II spodobała mi się i z pewnością przejdę ją jeszcze nie raz.

Szaleństwo trybu wieloosobowego

Nie od dziś wiadomo, że seria Call of Duty swój sukces zawdzięcza świetnemu trybowi wieloosobowemu. I to właśnie on przyciąga do konsol i komputerów miliony graczy na całym świecie. Jak jest w tym roku? Na początku trzeba zaznaczyć, że twórcom gry udało się uchwycić klimat realiów II wojny światowej. Przede wszystkim zrezygnowano z tradycyjnego płaskiego lobby. Teraz mamy sztab generalny. W trakcie oczekiwania na grę, możemy tutaj pójść na strzelnicę, sprawdzić nowe wyposażenie, odebrać żołd, czy pójść do kina. To tutaj przyjmujemy rozkazy dzienne oraz tygodniowe. Także tutaj możemy zakupić kontrakty na wykonanie konkretnych zadań w konkretnym czasie, na przykład: zabij 100 wrogów w 40 minut. Zadania są trudne, ale za ich wykonanie otrzymamy wartościowe nagrody. W grze pojawia się także pięć dywizji, które są w zasadzie klasami postaci, z których każda ma inne zdolności. Dla spadochroniarzy jest to możliwość założenia tłumika do pistoletu maszynowego, dla piechoty bagnet na karabinie szturmowym, a dla pancernych dwójnóg do lekkiego karabinu maszynowego. Wraz z rozwojem danej dywizji pojawia się więcej zdolności, innych dla każdej klasy. Co do samej rozgrywki: gra się bardzo przyjemnie. Oczywiście dużo zależy od naszych umiejętności, rzadko giniemy przez opóźnienia w połączeniu i problemy ze stabilnością serwerów. Balans pomiędzy bronią został zachowany, są takie pistolety, które wydają się lepsze od innych (STG 44 lub BAR), ale na razie bez problemu można używać dowolnej broni – każda z nich jest skuteczna. Gracze mogą walczyć ze sobą na 9 mapach w podstawowych trybach znanych z poprzednich odsłon serii. Oprócz tego dostajemy do dyspozycji 3 mapy do nowego trybu Wojna. Jest to tryb gry zdecydowanie inny od tradycyjnego Deathmatchu czy likwidacji potwierdzonej. Tutaj gracze muszą skupić się na zadaniach, a żeby je wykonać muszą działać grupowo. Za serie punktów nie otrzymujemy samolotu zwiadowczego czy zrzutu bomb w dane miejsce. Rozgrywka jest wolniejsza niż w klasycznym CODowym trybie.  A także zdecydowanie dłuższa. Jeden mecz składa się z dwóch części. Najpierw gramy jako drużyna atakująca lub broniąca, kiedy zakończymy mecz zwycięstwem albo jeśli zostaniemy pokonani, następuje kontra, czyli zamiana miejsc. Drużyna atakująca musi bronić konkretnych punktów, natomiast broniący atakują. Wojna to zdecydowanie pozytywna nowość w Call of Duty: WW II. Stanowi miłą odskocznie od klasycznego Deathmatchu i prawdopodobnie, dla niektórych będzie to ulubiony tryb gry.

Dla tych, którym ciągła rywalizacja po jakimś czasie się znudzi, pozostaje zebrać czteroosobową drużynę i zawalczyć z efektem nazistowskich eksperymentów, czyli z Nazi Zombies. W ten tryb można grać też samemu, ale zdecydowanie więcej frajdy sprawia granie ze znajomymi. W tym roku jest dużo bardziej mrocznie i makabrycznie, o czym świadczą  same obrazki widoczne w menu gry. Żywe trupy potrafią nas także nieźle wystraszyć w trakcie gry, np. wyskakując za rogu. Oprócz wizualnych nieprzyjemności przy spotkaniu z jednym typem Zombie (bezrękim biegaczem) do naszych uszu dochodzi bzyczenie much. Sam tryb nie wyróżnia się jakoś szczególnie na tle tego, co już widzieliśmy, ale z pewnością jest miłą odskocznią od multiplayerowej rutyny.

Powrót do korzeni

Sledgehammer Games naprawdę się postarało, tworząc grę, na jaką czekałem od kilku lat. W końcu porzuciliśmy klimat since fiction, aby powrócić do staroszkolnej strzelanki, w której w kampanii mamy pasek stanu zdrowia. Na plus trzeba zaliczyć także grafikę, która wygląda bardzo dobrze oraz dźwięk. Call of Duty: WW II pokazuje, że czasem trzeba zrobić krok do tylu, aby następnie zrobić dwa, o ile nie więcej, do przodu. Oczywiście nie jest to gra bez błędów. Pojawiają się tu przekłamania historyczne, drobne bugi i camperzy, aczkolwiek żadna gra nie jest w stanie uniknąć takich niedociągnięć.  Call of Duty: WW II mimo tych minusów jest niesamowicie grywalną i wciągającą produkcją. Na koniec dodam, że polski dubbing jest zły – zdecydowanie polecam grać w wersji angielskiej. Tymczasem do zobaczenia na frontach II wojny światowej!

 

Call of Duty: WW II (Activision Blizzard, 2017)

 

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy