Moja płytoteka #4: Jason Mraz – We Sing. We Dance. We Steal Things.

Antoni Bastyla
Moja płytoteka #4: Jason Mraz – We Sing. We Dance. We Steal Things.

Moja płytoteka to seria, w której co miesiąc opisuję jeden wybrany album z kolekcji, którą posiadam w domu, drodze lub gdziekolwiek teraz jestem. Dzisiaj o albumie autorstwa jednego z największych optymistów na świecie, który dodatkowo potrafi zaskoczyć swoją skromnością oraz zamiłowaniem do życia. Oto „śpiewający kelner” i jego najbardziej sukcesywny krążek opowiadający o słonecznej stronie życia.

Jason Mraz spędził dzieciństwo w małym miasteczku w Virginii, które było „bardzo Amerykańskie: białe płoty wyznaczające granice domostw, kościoły na każdym rogu alei oraz niemal zerowa przestępczość”. Pomimo tego raju na Ziemi, to było zbyt mało i nasz bohater postanowił poznać życie takim jakie jest. Chcąc, zupełnie jak Budda poczuć wszystkie jego smaki, próbował swoich sił na studiach oraz chwytając się rozmaitych zajęć w swojej rodzinnej miejscowości. Wzywała go jednak autostrada pędząca w kierunku życia, a skoro droga zawsze prowadzi na zachód, tamże udał się Mraz, lądując ostatecznie w San Diego na średniej kelnerskiej pensji gdzie przy okazji miał okazję regularnie występować. Wreszcie, jak to często bywa ze wciąż próbującymi przebić się ludźmi, udało mu się zdobyć kontrakt z wytwórnią Elektra. Nagrał pierwszy album studyjny (chociaż przed nim wydał całe multum EPek, singli a nawet live albumów) o znamiennym tytule Waiting for My Rocket to Come. Następnie mamy kontrakt z Atlantic Records, odrzucony przez krytykę album Mr. A-Z i wreszcie – trzeci studyjny krążek, We Sing. We Dance. We Steal Things..

Bezpiecznie można stwierdzić, iż Jason Mraz do ulubieńców krytyki oraz zagorzałych muzycznych fanów nie należy. Z boku Mraz to wiecznie uśmiechnięty facet, który tak bardzo cieszy się życiem, że nie ma żadnego interesu we wchodzeniu komukolwiek w drogę. 90% osób na Świecie uznałoby prawdopodobnie tego faceta za dziwaka, wyrośnięte dziecko lub niepoprawnego optymistę. Na szczęście jest też pozostałe 10% (kłaniam się w ich imieniu), które odnajdzie tutaj swój azyl.

Co z tego, że album to prosty jak dwa plus dwa pop rock: lista inspiracji Mraza obejmuje reggae, gospel, muzykę latynoską a nawet hip hopowe wstawki, których artysta bynajmniej się nie obawia. Album rozpoczynają triumfalne fanfary na część najbardziej bezsensownej części naszego czasu na Ziemi – samego życia. „Wake up everyone/How can you sleep at a time like this/Unless the dreamer is the real you” i już wszystko jasne; Jason Mraz śpiewa o przebudzeniu, początku życia, poranku. Funkowe trąbki powracają przy okazji piosenki Butterfly, w której to Mraz z podziwu godną szczerością ale i należytym dystansem przyznaje kobiecie: „You got soul, you know what to do to turn me on until I write a song about you/And you have your own engaging style”.

Zresztą nie ma się co oszukiwać, nie słucha się albumów singer-songwritterów (zwłaszcza popowych) po to by usłyszeć jakieś zaskakujące linie melodyjne. Jason Mraz to przede wszystkim teksty, historie oraz zwierzenia. Opowiada o tym jak przeżył rozstanie swoich rodziców (Love for a Child) czy nieprzyjacielskiej miłości skierowanej w stronę najlepszej przyjaciółki (Lucky). Potrafi także zaskoczyć poczuciem humoru oraz niezwykłym dystansem. Dystansem, którego brakuje nakreślonemu przez niego charakterowi do pewnej kobiety w piosence Coyotes – piosenka opowiada o człowieku, który zbyt łatwo potrafi się zakochać, zaś jej fantastyczny refren to jeden z najmocniejszych punktów We Sing. We Dance. We Steal Things.. Mraz na albumie jest freestylerem w dosłownym tego słowa znaczeniu: układa swoje teksty w sposób jaki mu się żywnie podoba, zaś ta swoboda działania przekuwa się na materiał tak mocny lirycznie, że można stworzyć osobnego bloga z cytatami z tej jednej płyty. To oczywiście pod warunkiem, że ktoś jest przekonany do sypania szczerością na prawo i lewo.

Słabe punkty albumu? Jako całość nie prezentuje się tak efektownie: lepiej brzmią poszczególne utwory. Spośród nich jest jednak jedna kompozycja, która brzmi zbyt dziecinnie i wręcz naiwnie – Lucky. Stosunkowo wiele jest tutaj ballad: jedna po drugiej pochłaniają sporą część energii, która pod koniec albumu niemal zanika. Ale to także może świadczyć o tym, że to był pomysł Mraza – stworzyć album kompletny, który nie pozostawi żadnych niedopowiedzeń. After all, he is Mr. A-Z.

We Sing. We Dance. We Steal Things. to najbardziej naturalny album jaki znam. Mam także wrażenie, iż coraz więcej ludzi wokół nas staje się optymistami. Więc kto wie, może czas popularności tego krążka jest jeszcze przed nami?

8.4/10 (Make It Mine, I’m Yours, Butterfly, Coyotes, Only Human)

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy