Muzyczny komentarz – Luty 2017

Antoni Bastyla
Muzyczny komentarz – Luty 2017

Luty w muzyce podsumować czas. Nie będzie o Grammy, nie będzie o BRITs, nie będzie o tym, że Katy Perry powróciła z nowym radiowym przebojem, próbując zacząć ruch, zwany „purposeful pop”. Będzie o albumach. Bo muzyka bez nich nie istnieje.

Neil Cicierega – Mouth Moods (Self-released)

Oczywistym jest, iż każdy muzyczny „kujon”, prędzej czy później rzuci się na takie dzieło z nożem i widelcem niczym beatnicy na bootlegi Boba Dylana. Niemniej jednak bardzo długo próbowałem zabić w sobie samym tego małego stwora, szepczącego mi do ucha, bym dał szansę gościowi, który muzyką wyłącznie się bawi. Prawdę mówiąc, po całym procesie zagłębiania się każdy kolejny mashup autorstwa Neila oraz próby przypomnienia sobie ile razy usłyszałem słowa: „somebody once told me the world is gonna roll me”, zastanawiałem się co z tym fantem począć, jako iż z tym albumem nie zapowiada się przygoda długa i obfita w tak niezwykłe wrażenia. Jednak później uświadomiłem sobie jedno: nigdy w życiu nie kręciła mi się łezka w oku gdy słyszałem tekst do Y.M.C.A.. A jest to zupełnie unikatowe doświadczenie.

8.6/10 (300MB, Bustin’, Tiger, T.I.M.E., Stand By Meme, Wallspin, Wow Wow, Shit)

Sampha – Process (Young Turks)

Jako że świat pędzi i twarze Drake’a, Franka Ocean czy Kanye’go Westa nie mogą być obecne w mediach bez przerwy (poza tym ostatnim, rzecz jasna), oto brytyjska wschodząca gwiazda muzyki. Gość, który wcześniej miał do czynienia z każdym wymienionym powyżej, tym razem rusza solo i zgarnia serca fanów w nadzwyczaj szybkim tempie. Potrafi zaaplikować Adelowską balladę ((No One Knows Me) Like the Piano), popisać się kunsztownym tekstem (Under) a nawet stworzyć utwór o głębokim przesłaniu w taneczno-popowej aranżacji (Kora Signs)! Okazyjnie także przynudza, ale to jego debiut: ma święte prawo popełniać błędy. Kolejny wielki artysta powstaje na naszych oczach.

8.4/10 (Blood on Me, Kora Signs, (No One Knows Me) Like the Piano, Under, What Shouldn’t I Be?

Jens Lekman – Life Will See You Now (Secretly Canadian)

Jeden z tych albumów, które o wiele lepiej posłuchać niż o nich czytać. Mnóstwo tekstów do cytowania, świetne utwory, album, który nie schodzi poniżej pewnego (wysokiego) poziomu. Album, który jest w stanie sprawić, że słuchacz zaniemówi, gdyż Jens Lekman to gość otwarty a jednocześnie ze szczyptą tajemniczości dołączoną do charakteru. I cóż, że ze Szwecji – jeżeli ma zsyłać tak niebiańską muzykę na Ziemię, może sobie być nawet z innej planety.

8.2/10 (To Know Your Mission, Evening Prayer, What’s the Perfume that You Wear?, Wedding in Finistere, How We Met, The Long Version, How Can I Tell Him?)

Chuck Prophet – Bobby Fuller Died for Your Sins (Yep Roc)

Zbyt stary na rock and rolla oraz ze zbyt świeżą krwią i młodzieńczą fantazją na country. W skrócie: nietypowe tytuły piosenek, banalne a jednocześnie nie do obalenia teksty („I could be anywhere when I hear that sound”) oraz wynoszenie na piedestał ofiar wadliwego systemu (Alex Nieto) kontrastują z jego zamiłowaniem do tradycyjnej muzyki Najwspanialszego Kraju na Ziemi. Jednak ma się to absolutnie nijak, jeżeli przyjrzeć się bliżej jego światopoglądowi. Prophet uznaje Bobby’ego Fullera jako swojego Zbawiciela (Bobby Fuller Died for Your Sins), zaś to Jezus jest w jego Świecie gwiazdą rocka jakich dzisiaj mało (Jesus Was a Social Drinker). Jeżeli dodać do tego fakt, że z każdego dźwięku biją pierwsze podmuchy wiosny w tym roku, otrzymamy, tak po prostu, jeden z najciekawszych albumów tego roku. I przebij to, Sturgill Simpson.

8.1/10 (Bobby Fuller Died for Your Sins, Open Up Your Heart, Jesus Was a Social Drinker, We Got Up and Played, Alex Nieto)

Sinkane – Life & Livin’ It (City Slang)

Czuję, że temu gościowi powinno się oberwać za kilka wrzuconych bez powodu średniaków, przytłaczającą ilość funkowej gitary oraz fakt, że najlepsza piosenka na albumie (Telephone) kończy się w taki sposób, że zdarzyło mi się głośno krzyknąć w miejscu absolutnie do tego nieprzystosowanym, gdy pierwszy raz odpalałem krążek. Jednak skoro taniec to najwspanialszy (poza Bake Rollsami) wynalazek człowieka, nie można robić krzywych min w stronę najbardziej roztańczonego albumu bieżącego roku. Jego popowe zapędy nie przekładają się na popularność, lecz może to i lepiej? Hej, ludziska – gimby nie znają! Możecie imprezować.

7.8/10 (U’Huh, Telephone)

Tinariwen – Elwan (Anti)

Cała historia zespołu prześladowanego za muzykę, którą gra jest tak niezwykła jak można tylko sobie wyobrazić. Dzisiaj jednak widać, że było warto, gdyż największe gwiazdy muzyki gitarowej proszą o kolaboracje z tą malijsko-saharyjską rockową maszyną. A dźwięki wydobywające się spod ich rąk są tak niezwykłe jak można sobie wyobrazić. Na całe szczęście – można także posłuchać.

7.8/10

Miguel Zenon – Tipico (Miel)

Jazz od portorykańskiego saksofonisty. Dla „odhamienia” się. I dlatego, że to jazz – najpopularniejszy gatunek muzyczny od czasu premiery pewnego Oscarowego giganta w kinach.

7.6/10

Jesca Hoop – Memories Are Now (Sub Pop)

Gatunkowy slalom. 19 pomysłów na jedną piosenkę. Ogarnij się, dziewczyno, bo to może się źle skończyć następnym razem. Osobiście liczę na to, że na następnym albumie zdecyduje się na więcej ballad, które kradną show Now.

7.3/10 (Memories Are Now, Unsaid)

Duke Garwood – Garden of Ashes (Heavenly)

Na szczęście: Duke Garwood nie idzie całkiem w country. Na nieszczęście: podczas nagrywania najnowszego albumu ktoś dorzucił mu tabletki nasenne do kawy a później zmusił do śpiewu. I znów na nieszczęście: Julie Byrne wydała lepszy album niewiele wcześniej a jazzujące elementy w jednej piosence nie wystarczą by kupić serca fanów. Ale na szczęście: Duke’ów Garwoodów Świat potrzebuje. Panie sędzio, mamy zatem remis.

6.9/10 (Days Gone Old, Coldblooded the Return)

Palberta – Bye Bye Berta (Wharf Cat)

Moja ukochana wciąż powtarza: „Jeśli czegoś się chce to trzeba coś robić w tym kierunku, ale trzeba robić a nie stać w miejscu”. A te dziewczyny bardzo chcą! I udowadniają, że można po powyższym stwierdzeniu postawić pytanie: „czego chcieć więcej?” a następnie odejść jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło; jak gdyby były to kolejne 50-sekundowe ścieżki z tego albumu. Mają pomysły, mają instrumenty, mają pieniądze na nagrywanie. Czego chcieć więcej?

6.8/10 (Trick Ya, Stayin’ Alive, Bells Pt. A, Filling Empty)

Elbow – Little Fictions (Polydor)

The First Shadow Puppets? Palma pierwszeństwa, tudzież, nawiązując do brzmienia płyty, pierwsze skrzypce w brytyjskim indie art rocku gra Elbow. Kwestią otwartą pozostaje sprawa czy te dwa gatunki powinny iść ze sobą w parze, ale skoro ten materiał dostaliśmy, jestem pewien, że Guy Carvey, Craig Potter i spółka mówią nam, że owszem. I choć gitara tego pierwszego oraz produkcja tego drugiego jest już na mistrzowskim poziomie, sam zespół stworzył okropnie nudny i usypiający album, na którym po dwóch pierwszych utworach nie dzieje się nic więcej. Najciekawszym elementem jest prawdopodobnie twarz Benedicta Cumberbatcha w teledysku do Gentle Storm. Roasted.

6.6/10 (Magnificent (She Says), Gentle Storm)

Ryan Adams – Prisoner (Pax AM)

„How can something born with wings/Ever know freedom to truly be free?” – pyta słuchacza Adams w tytułowym utworze albumu. Jak gdyby próbował coś przez to powiedzieć. Jak gdyby chciał utwierdzić Świat w przekonaniu, że jest w stanie być najbardziej znanym nazwiskiem w muzyce rockowej obecnie, lecz wcale mu się to nie uśmiecha. Jak gdyby tworzenie muzyki drugiego planu ludzkiej codzienności było dla niego marzeniem. Niestety, kwestie poboczne mają to do siebie, że szybko nam z głowy umykają.

6.6/10 (Shiver and Shake, To Be Without You, Tightrope)

Surfer Blood – Snowdonia (Joyful Noise)

Trochę jak impreza ze znajomymi kiedy przebywało się z nimi ostatnio bez przerwy: jest świetna atmosfera, śmiechy, dobra zabawa, ale zastanawiasz się czy nie lepiej byłoby teraz posiedzieć samemu w ciszy. Ciszy, która przydałaby się zespołowi po utracie świetnego gitarzysty jakim był Thomas Fekete na skutek raka w zeszłym roku. Przez to Snowdonia krzyczy: „na razie, gramy ostrożnie i zbieramy siły na świetny album, który jest jeszcze przed nami”. Wypada zatem mieć nadzieję, że świetny album jest jeszcze przed nimi. Album, będący czymś więcej niż brzmieniem, które można opisać nazwą ich wytwórni.

6.2/10 (Matter of Time, Six Flags in F or G)

Andrew McMahon in the Wilderness – Zombies on Broadway (Vanguard)

Dostarczanie ludziom pozytywnych emocji poprzez swoją muzykę jest modne i popularne od dawna. Andrew McMahon bierze to za dobrą monetę, w rezultacie kończąc z niemal identycznymi piosenkami, jedna po drugiej. Przy tym jednak do amatorszczyzny mu daleko: tutaj głębsza tematyka (Dead Man’s Dollar), tam produkcja na czwórkę z plusem (Shot Out of a Cannon), gdzie indziej znajduje miejsce na lekko zalatujący Eurowizją, lecz urzekający, niczym najlepsza melodia od Coldplay’owców, refren (So Close). Pytanie, czy czeka na niego także międzynarodowa sława?

6.2/10 (So Close, Dead Man’s Dollar, Shot Out of a Cannon)

Rag’n’Bone Man – Human (Sony UK)

Ciekaw jestem jak brzmiałoby przeniesienie Die Easy na początek setlistu. Rory Graham wydaje się być gościem sympatycznym jakich mało. Czytaj – ckliwe nutki. Za dużo takowych. Jednego tylko nie jestem w stanie zrozumieć: gdzie byli członkowie Akademii, przyznający nominacje do GRAMMYs kiedy Rag’n’Bone Man wydawał na rynek swój singiel pt. Human?

6/10 (Human)

Mozart’s Sister – Field of Love (Arbutus)

Miks tego co modne oraz tego co zaprzecza jakiejkolwiek logice lub jest „random”.

5.6/10 (Bump)

Big Sean – I Decided. (G.O.O.D. Music)

Talent, najlepsza produkcja, Eminem na jednym z utworów: zmarnować taką szansę to sztuka. Sean nawija wciąż o kobietach i ciężkiej robocie (jakiś Kanadyjczyk już się chyba za to wziął, niestety), ale nawet wtedy jego wersy brzmią wręcz niepoważnie, z „to get ahead, man you gotta make sacrifices” na czele. Oczekiwanie na album, na którym Big Sean potwierdzi, iż jest najbardziej utalentowanym raperem w historii trwa nadal. Na tę chwilę przegrywa ze swoim przyjacielem, Mike’iem Posnerem w wyścigu o „Najlepszy album od mieszkańca Detroit ostatnich lat”. Jeżeli dodamy do tego fakt, że nawet Quavo przyćmił Seana na jego własnym albumie, otrzymamy raczej ponurą perspektywę na przyszłość. Ale oby nie.

5.5/10 (Bounce Back, No Favors, Voices in My Head/Stick to the Plan)

Future – Future (Freebandz)

Ta ksywa to czysta ironia.

5/10

Lupe Fiasco – DROGAS Light (1st & 15th)

O ile bycie człowiekiem bezproblemowym ma sporo wad, na które nie może uskarżać się większość społeczeństwa, z całą pewnością nieocenioną zaletą jest fakt, że nawet takie albumy wywołują tylko i wyłącznie śmiech. Szczery i niczym nieskrępowany.

3.6/10 (It’s Not Design)

Na zakończenie: oto playlista z 15 utworami, na które warto zwrócić uwagę (do posłuchania na Spotify):

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy