Muzyczny komentarz – Marzec 2017 (Charli XCX, Depeche Mode, Drake, Ed Sheeran, Miuosh)

Antoni Bastyla
Muzyczny komentarz – Marzec 2017 (Charli XCX, Depeche Mode, Drake, Ed Sheeran, Miuosh)

Owszem, za tydzień o tej porze wciąż będzie marzec. Jednak muzyczne podsumowanie już dzisiaj, gdyż czuję się niczym gwiazda rocka i zasady nie są dla mnie. W muzyce dzieje się sporo (tak jest zawsze kiedy tylko Kendrick Lamar wypuszcza coś nowego), więc nie ma co marnować czasu – w dzisiejszym komentarzu nieco muzyki elektronicznej, ale także polski hip hop. Zapraszam!

Depeche Mode – Spirit (Columbia)

Typ albumu, który lubię najbardziej – coś co potwierdzi jeszcze raz, zaczaruje jeszcze raz, udowodni jeszcze raz. Tym razem fakt, że Depeche Mode mają swoje niezwykłe spojrzenie na muzykę, które przysporzyło im sławy oraz uwielbienia ze strony fanów. Spirit nie tylko nie różni się wiele od typowego materiału zespołu, lecz jest nawet niebezpiecznie blisko U2 oraz Muse. Ale jest niezwykle w punkt, aktualne teraz oraz zawsze. „We’re going backwards to a caveman mentality”. David Gahan i spółka są przy swoich krytycznie wypowiadanych pod adresem ludzkości zdaniach także nadzwyczajnie spokojni i niepozbawieni wiary. Pomimo kilku cicho przemykających utworów, Spirit to album kompletny.

8/10 (Going Backwards, Where’s the Revolution?, You Move, Cover Me, Poorman)

Power Trip – Nightmare Logic (Southern Lord)

Jako że dawno nie brałem się za cięższe granie, podszedłem do tego albumu z należytą rezerwą. Tymczasem okazało się, że nazwa zespołu wspaniale oddaje ich charakter – jest to wzmacniająca podróż po świecie thrash metalu, brzmiącego na tyle świetnie, że idę o zakład, iż James Hetfield chwilami zazdrościł chłopakom ich wigoru i polotu. Taneczny metal ze zmiennym tempem, sprytnie zbudowanym setlistem, najlepszymi solówkami w tym roku, wieloma tekstami o dwa poziomy lepsze niż te od konkurencji, a nawet wybitnymi refrenami! Prawdę mówiąc, wynik na dole rośnie z każdym kolejnym dniem.

7.9/10 (Nightmare Logic, Waiting Around to Die, Crucifixation)

Stormzy – Gang Signs & Prayer (#Merky Records)

Na dowód tego, że grime nie jest wyłącznie bezmyślną muzyką, wstrzykiwaną do żył dla przypływu adrenaliny, oto debiut Stormzy’ego. 23-latek obrał sobie za cel stworzenie albumu, który będzie grime’owym odpowiednikiem The Life of Pablo Kanye Westa. Udało się – jest gospel, są bangery, jest także wielki bałagan. I ok, to można mu wybaczyć, w końcu dopiero zaczyna. Ale ten okropny niedosyt pozostaje, gdyż mógłby to być najlepszy album tego roku. Beaty są zabójcze, jego flow jest porywający, nawet teksty ma o wiele lepsze aniżeli koledzy po fachu. No i jego własne Ultralight Beam zatytułowane Blinded by Your Grace, które potwierdza, że kościelna muzyka także w tym roku powinna być gorącym trendem.

7.9/10 (Cold, Blinded by Your Grace, Pt. 1, Big for Your Boots, Blinded by Your Grace, Pt. 2, Crazy Titch (Interlude), Lay Me Bare)

Rhiannon Giddens – Freedom Highway (Nonesuch)

Fanka nie tyle country i folku co „oldies” oraz wielu muzycznych wędrówek i eksperymentów jedzie swoją własną autostradą prosto w kierunku tak upragnionej wolności. Pytanie tylko brzmi: ilu ludzi będzie chciało podążać za nią? Bo teksty, aranżacje i instrumentalizm to jedna sprawa. Ale jednak w każdej kolejnej piosence na Freedom Highway jest ten mały/wielki niedosyt wynikający z głosu artystki. Rhiannon niemal zawsze brzmi niczym gwiazda popu ze świetnym wokalem. I kiedy to nie przeszkadza – a są to przeważnie ballady (Julie, We Could Fly, Baby Boy) – można świętować wolność. Są też przypadki gdzie poszukiwanie muzycznej rewolucji kończy się fiaskiem, brzmiąc niczym niedomknięty pomysł (At the Purchaser’s Option). Damski odpowiednik Sturgilla Simpsona wychodzi nam naprzeciw z kolejnym świetnym, niemal kompletnym albumem. Wierzę, że to wciąż jednak są najlepsze na rynku przystawki, zaś czas na danie główne przyjdzie wraz z kolejnym krążkiem.

7.6/10 (Julie, We Could Fly, The Love We Almost Had)

Sun Kil Moon – Common As Light and Love Are Red Valleys of Blood (Caldo Verde)

Tak charyzmatyczny jak i bezpośredni, a często także bezczelny artysta w osobie Marka Kozaleka (facet nazwał „dziwką” reporterkę, która próbowała przeprowadzić z nim wywiad) ma konkretnego asa w rękawie – swoją twórczość. Twórczość, która ujawnia wszystkie jego cechy. Także te negatywne, jak choćby „skończę piosenkę kiedy tylko zechcę i macie się mnie wszyscy słuchać”. Dzięki temu najnowszy album Sun Kil Moon to ponad dwugodzinny materiał, na którym utwory ciągną się nawet przez 12 minut, zaś Kozalek pisze i śpiewa o tym co w jego życiu najważniejsze, czyli o swoim życiu. Przy tym jednak pokazuje swoją ludzką stronę osobowości, bowiem wraz z podróżowaniem wgłąb albumu, Mark traci nieco cierpliwości i odpuszcza wielkie myślicielstwo na rzecz spontaniczności i pokazania, że jest „człowiekiem” (bez względu na jakiego potwora bez serca się kreuje) do tego stopnia, iż wydaje się gotów by posiadać swoją własną Vague Rock Song. Jest to największa zaleta tego albumu, który wydaje się być muzycznym odpowiednikiem gry w squasha: po pewnym czasie można wreszcie wybudzić się z amoku i uświadomić sobie, że to co na początku dawało tak wielką radość okazuje się zwyczajnym robieniem wciąż tej samej, pozornie bezcelowej czynności jaką jest odbijanie piłką o ścianę w jednym oraz słuchanie o życiu innego człowieka w drugim przypadku. I choć obydwie aktywności potrafią wyssać bezwzględnie wszelkie siły z organizmu, przy Common As Light… przynajmniej można zaśpiewać.

7.6/10 (Chilli Lemon Peanuts, I Love Portugal, Vague Rock Song)

Thundercat – Drunk (Brainfeeder)

Być może jest to nowy poziom relaksacji, którego w muzyce jeszcze nie było i luz bijący od albumu Thundercata to jego ogromna zaleta. Na pewno artystę stać na świetne piosenki, pełne przesłania, ale także i humoru. Friend Zone skończy na wielu listach najlepszych utworów tego roku. Ale ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że Drunk to absolutna ctrl+c, ctrl+v (plus inne teksty) kopia albumu Flying Lotusa z 2014 roku pt. You’re Dead!. Jedno wielkie niespełnione oczekiwanie i nauczka na przyszłość: nie miej oczekiwań.

7.2/10 (Tokyo, Friend Zone)

Charli XCX – Number 1 Angel (Asylum)

Jakkolwiek enigmatycznie brzmi sformułowanie „popowy mixtape”, Charlotte dojrzewa. Nie muzycznie, nie tekstowo, lecz jako artystka budująca swój image. Number 1 Angel to projekt bardziej zwięzły niż jej początki, o wiele przyjemniejszy niż jej okropny album pt. Sucker oraz, co najważniejsze – dłuższy niż poprzednia EPka, Vroom Vroom. Takimi oto wolnymi krokami Brytyjka zmierza w stronę ukazania poprzez swoją muzykę prawdziwej, kobiecej energii. Na razie, cieszmy się z jej młodości i tego, że jest w stanie być zarówno dziką kochanką jak i zamieścić na swoim albumie odniesienie do serialu iCarly. Nawet z takimi tekstami, Number 1 Angel to przyjemność, i to bynajmniej nie grzeszna.

7/10 (Dreamer, 3AM, Babygirl)

Miuosh – POP (Fandango Records)

Nikt nie odmówi Miłoszowi pasji, która przejawia się w jego głosie. Nikt nie zaprzeczy, że jego bliskie industrialnemu graniu beaty na POP to siła jakich mało i są tak dobre, że śmiało mógłby stanąć z nimi w szranki z Kanye i jego graniem na Yeezus. Główny problem z tym albumem to poszczególne utwory – niemal w każdym znajdzie się coś co ani trochę nie brzmi i nie przekonuje. A to pierwszy wers w Neonach, a to skromna warstwa tekstowa w kawałku pt. Produkcja, a to chaotyczny do przesady hook w Nisko. Niektórzy goście są na albumie żeby być (Myslovitz, Piotr Rogucki), inni kradną Miuoshowi przestrzeń (Bajm) lub nawet cały kawałek (Organek). Dobrze, że POP nie jest muzyką popularną, ale pozostaje wrażenie, iż niektóre pomysły zostały sporządzone na kolanie i pod publiczkę.

6.9/10 (Nie, Neony, Miasto Szczęścia)

Holak – The Introvert (Self-released)

Jak szaleć to na całego. A zatem polski artysta (do tej pory) indie rockowy postanowił ulec przebranżowieniu i nagrać album hip hopowy, zaś ja postanowiłem tego polskiego albumu posłuchać. Mateusz Holak (Kumka Olik) próbuje przekonać nas do tego, że Bycie introwertykiem to z*******a sprawa, ale na tym szaleństwa ustają: album jest niepoukładany niczym mózg introwertyka, meandrując między czterema różnymi gatunkami bez ładu i składu. Jednak przekaz jasny, zamiłowanie to urywania zdań przeniosło się na solowy projekt (to na plus), zaś niektóre kawałki to mózgowe pociski, nad którymi warto posiedzieć. Tylko czekać na więcej.

6.8/10 (Grube zdjęcia, Co to to nie, Sos 1000 Wysp, Brat)

Drake – More Life (Cash Money)

Czasem można odnieść wrażenie, że Drake ma jakieś polskie korzenie, skoro wydaje coś co roku. Po jego zeszłorocznym niewypale zatytułowanym Views, tym razem powraca z czymś co nazwał „projektem, którym wypełnia lukę między kolejnymi wydawnictwami”. Czyli modne określenie na mixtape, ale, skoro to Drake to hasło „A Playlist by October Firm” już się w Świecie zadomowiło. Ponadto, skoro to Drake, wiadomo czego się spodziewać. Tym razem Kanadyjczyk do swojego repertuaru dorzucił także Afrobeat. Oraz kilku kolejnych producentów. Sharing is caring. Mimo że spotlight zgarnęli Brytyjczycy – Sampha oraz Skepta – wiadomo już kto naprawdę rządzi Światem pop rapu.

6.8/10 (Passionfruit, Gyalchester, Skepta Interlude, Since Way Back)

Dirty Projectors – Dirty Projectors (Domino)

Przy okazji ósmego albumu studyjnego, David Longstreth zadbał niemal o wszystko. Krążek brzmi modnie, ma przesłanie, chce się go słuchać zaś trzymanie się trendów w jego przypadku wydaje się być strzałem w dziesiątkę. Jest jeden spory problem: jego głos oraz teksty są mistrzami drugiego a nawet trzeciego planu w poszczególnych utworach. Nierzadko po prostu nie słychać co Longstreth próbuje przekazać. Kiedy się to udaje, są to strzały w dziesiątkę (Keep Your Name, lub ekscentryczne falsetto w Death Spiral), ale procent strzałów nie jest na tyle wysoki by można było w pełni cieszyć się albumem. Liczy się progres oraz rozwój.

6.7/10 (Keep Your Name, Death Spiral, Winner Take Nothing)

Ed Sheeran – ÷ (Asylum)

Zwracam honor, gdyż po wydaniu dwóch singli promocyjnych, spodziewałem się znienawidzić ten album jeszcze bardziej niż The xx (mimo że w tym przypadku z singlem była odwrotna historia). Tymczasem Ed wjechał z albumem, który już znalazł swój target w postaci całego Świata i zagościł na szczytach każdych możliwych list przebojów z jednego głównego powodu – Ed Sheeran to gość, który tworzy muzykę uniwersalną. Nie znaczy to, że zawsze dobrą (jego hip hopowe wstawki oraz okropnie próbujące być Irlandzką piosenką Galway Girl to złote przykłady), ale zawsze znajdzie się chęć, a czasem nawet potrzeba na posłuchanie jego tekstów. Ed wojuje szczerością, zaś najlepszy jego tryb to gość maksymalnie wierzący w miłość i muzykę (What Do I Know?). Spoiler: następny album (Minus? Substraction?) będzie bardzo podobny.

6.6/10 (Eraser, What Do I Know?)

ANOHNI – PARADISE EP (Rough Trade)

„Jeżeli kochasz, jesteś zdolny do krytyki”, powiadają. To prawda. Dlatego będę w stanie skrytykować ANOHNI za jej najnowszą EPkę. Ma ona tylko jeden, ale jakże poważny problem – jest absolutnie nijaka. Całe show kradną jej dwaj mistrzowie beatów, Hudson Mohawke oraz Oneohtrix Point Never (całe trio powinno jeszcze raz usiąść nad jakimś wspólnym projektem, bo to co zrobili na HOPELESSNESS powiewa magią). ANOHNI tymczasem … nie ma. I choć nawet na jej debiucie są momenty, gdzie jej głos stoi zupełnie z boku, przy okazji utworów z PARADISE większość piosenek po prostu sobie jest i przechodzi obok słuchacza niczym kula obok Julesa Winnfielda w Pulp Fiction. Czyli „wydajmy EPkę z odrzuconym materiałem”. Z tymże jest to EPka ANOHNI, czyli coś czego warto słuchać. Zawsze i wszędzie.

6.4/10 (Paradise)

Pitbull – Climate Change (RCA)

Czy Pitbulla można nazwać człowiekiem leniwym? Niby pojawia się często, współpracuje z całym ogromem artystów, ale jednak wciąż robi to samo – imprezuje, nagrywa, imprezuje, zarabia na nagraniach i przepuszcza to co zarobił, by móc jeszcze więcej imprezować. Ale jest w tym spory urok. Facet bez bicia przyznaje się do tego, że mu się nie chce. A ludzie wokół tak niezwykle zabiegani i czasu wciąż zbyt mało. Szkoda że wraz z Climate Change zęby Pitbulla wydają się być już nieco wystrzępione, zaś apetyt słabnie. Artysta bowiem nie dostarczył nam hitów, które zapadłyby w pamięć na długo i, kiedy tylko w muzyce nastanie kolejna zmiana klimatu, wszystkie przejdą do historii. Osobiście najbardziej żałuję, iż kolaboracja z R.Kelly’m oraz Austinem Mahone’m skończyła się swoistym niewypałem – ta nieświęta trójca aż się prosiła o niezwykły (czytaj: niezwykle kiczowaty) utwór.

5.6/10 (Greenlight, Educate Ya, Can’t Have)

Fast forward (czyli albumy, które lepiej słuchać aniżeli o nich mówić):

Denis Sulta – Nein Fortiate EP (Sulta Selects) – 8.6/10

Paul White & Danny Brown – Accelerator EP (R&S) – 8.1/10

Pallbearer – Heartless (Profound Lore) – 7.8/10 (Lie of Survival, Heartless)

Vagabon – Infinite Worlds (Father/Daugther) – 7.8/10 (Fear & Force, Cleaning House, Cold Apartment)

Mr. Beatnick – Dawn Vapours (Tied Music) – 7.8/10

Filter Dread – Tribal Data (Unknown to the Unknown) – 6.8/10 (Expansion)

Holly Macve – Golden Eagle (Bella Union) – 6.5/10 (Heartbreak Blues)

Kobik – Sygnatura (B.O.R.) – 6.4/10 (Jestem u Siebie, Etykieta, Stój)

The Shins – Heartworms (Columbia) – 6.2/10 (Half a Million)

Laura Marling – Semper Femina (More Alarming Records) – 6.1/10 (Always This Way)

Little Big Town – The Breaker (Capitol Nashville) – 5.7/10 (Happy People)

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy