Muzyczny komentarz – Styczeń 2017

Antoni Bastyla
Muzyczny komentarz – Styczeń 2017

Styczeń niemal za nami. W świecie muzyki działo się sporo: nowe utwory od Gorillaz czy Arcade Fire, EPka w rocznicę śmierci Davida Bowie’go czy powrót Skrillexa do punkowego zespołu From First to Last. Lecz najważniejszą rzeczą zawsze pozostaną kolejne albumy. Poniżej te najważniejsze z nich wydane w ciągu ostatnich  czterech tygodni. Czas na muzyczne podsumowanie miesiąca

Ty Segall – Ty Segall (Drag City)

Po raz kolejny Ty Segall pozostawił całą ludzkość z tuzinem pytań. Jak znudzonym życiem nihilistą trzeba być, żeby wydawać album co roku? Jak wiele ukłonów w stronę mocnego, garażowego rocka może posiadać jeden album? Jak niezwykły bałagan panuje w głowie Segalla, skoro tworząc krążek, na którym wiecznie panuje chaos, on odnajduje się w tej atmosferze perfekcyjnie? Jak wiele gitar zostało rozwalonych w trakcie nagrywania Break a Guitar? Jaka atmosfera przypuszczalnie mogła panować podczas nagrywania Thank You Mr. K? Jak długo Ty Segall dopracowywał wszystkie solówki? Wreszcie – skąd pomysł na Warm Hands (Freedom Returned), jedną z najlepszych piosenek tego miesiąca? Nie dość, że facet jeszcze nie znudził się muzyką, to dodatkowo postanowił podnieść poprzeczkę, ot tak! Jest to niezaprzeczalny dowód na to, że Ty Segall jest cyborgiem. Lub jedną z nielicznych osób na Ziemi, które jedzą, piją, oddychają i żyją rockiem. Fanatyzm?

8.3/10 (Break a Guitar, Warm Hands (Freedom Returned), Talkin’, Take Care (to Comb Your Hair))

Japandroids – Near to the Wild Heart of Your Life (Anti-)

Obojętnie czy oddają cześć klasycznemu rockowi na North East South West, czy łączą starą szkołę z nowoczesnością tak jak ich współziomkowie z zespołu Arcade Fire czy wreszcie idą absolutnie w punk rock – wszystko co robi ten Kanadyjski duet brzmi na tyle zabawnie, że niedługo bycie fanem Japandroids stanie się ogromnie popularnym zjawiskiem. „Our mission: making moments into memories” – bułka z masłem, przy takim repertuarze ich koncerty będą niezapomniane.

8.1/10 (Near to the Wild Heart of Your Life)

Wiley – Godfather (CTA Records)

Sam ojciec chrzestny (ten muzyczny, konkretnie ten od grime’u) postanowił niejako powrócić do muzyki. Wiley zwykł wydawać albumy co roku (fanatyzm?). Lecz wynegocjował trzyletni urlop, by wreszcie powrócić z albumem, który woła „GRIME!” od pierwszego bangera o wymownym tytule Birds n Bars do ostatniego bangera pt. P Money (Remix). Największym wyzwanie dla Wiley’go to stworzyć godzinny materiał, który będzie flagową produkcją dla danego gatunku i jednocześnie nie pozostawi wrażenia, że wciąż słuchało się jednej zapętlonej nuty (coś w czym brytyjska/wyspiarska muzyka się specjalizuje). I choć tego drugiego udało się uniknąć „jedynie” w 87 procentach, to Godfather już dziś jest klasyką gatunku. Co to za gatunek? Grime – połączenie brytyjskiej muzyki elektronicznej, nieco dancehallu a do tego hip hop. Zmieszanie tego wszystkiego daje nam nieco brudne, lecz zawsze z manierami (made in UK) klubowe kawałki. Podczas gdy hip hop na Wyspy nie dotarł (a Tinie Tempah ma korzenie nigeryjskie, więc się nie liczy), grime tam się narodził, ale również z żadnego portu jeszcze nie wypłynął. Prawdopodobnie przez fakt, że jego największa siła – teksty – to także jego najbardziej drażniąca cecha. Są wersy, które brzmią jak liryczne złoto („I ain’t normal, I’m sicker than my bars”, „History’s written, I ain’t gotta rewrite it”), ale inne mogą razić swoim wyobrażeniem o byciu najwspanialszym człowiekiem na świecie („I walk in the place like, „Everybody’s better than me. Hmm, sike””). W pamięci jednakże najbardziej pozostają teksty, przy których czytaniu nie sposób śmiać się do rozpuku lub pluć w monitor. To ostatnie zdarzyło się mi, gdy usłyszałem: „Sprite got me off 7Up. Then I drink so much, I am a Sprite man”. I tak – nawet z tym „czymś” Godfather to świetny album.

8/10 (Holy Grime, Can’t go Wrong, U Were Always Pt 2, P Money Remix)

Bonobo – Migration (Ninja Tune)

„Bonobo is art student’s wet dream” – napisał jeden z użytkowników portalu albumoftheyear.org o najnowszym albumie Brytyjczyka. Bonobo „stuknął” już piąty krzyżyk, ale dopiero teraz zaczyna się zabawa. Inspiracją do jego szóstego albumu był pogrzeb jednego z członków rodziny. Na wydarzenie zjechała się rodzina z całego świata co dało do myślenia naszemu bohaterowi. Postanowił te swoje knowania przekuć na formę fizyczną w postaci albumu, który – istotnie – brzmi jak wędrówka ludów przez kontynenty. Bynajmniej nie chodzi o instrumentalne eksperymenty w stylu Arcade Fire, lecz o odczucia jakie powoduje słuchanie krążka. Nieco dynamiczniejszy niż ambient album, który wciąż znajduje się na półce podpisanej: inteligentna muzyka elektroniczna. Albo, będąc obskórnym: chillstep, poza faktem, że cały koncept nie służy relaksacji. Anti-chillstep? Prawdziwą osłodą jest każda ścieżka zawierająca gościnny wokal, nieważne kto śpiewa: Milosh z duetu Rhye, Nicole Miglis z zespołu Hundred Waters czy Nick Murphy (aka. Chet Faker). „You’re my favorite, but we’re phasing” brzmi jak najbardziej indyferentny tekst w historii muzyki elektronicznej. Wędrówka przez album trwa ponad godzinę – to droga, która zaiste jest ważniejsza i pełniejsza wspomnień aniżeli jej cel.

7.9/10 (Break Apart, Outlier, No Reason)

Julie Byrne – Not Even Happiness (Ba Da Bing!)

Introspekcyjny, chamber-folkowy album wagi ciężkiej. Monotonny głos, okazyjnie zbyt poetyckie wyznania, niepotrzebne wstawki instrumentalne oraz jeden zbędny utwór (I Live Now as a Singer) dyskwalifikują wokalistkę na starcie wyścigu o miano albumu roku. Julie Byrne będzie musiała zatem zadowolić się stworzeniem albumu jej życia (chociaż wierzę, że stać ją na jeszcze więcej) oraz bajecznego utworu pt. Sea as it Glides. Teraz już tylko z prądem.

7.9/10 (Morning Dove, Sea as it Glides)

Foxygen – Hang (Jagjaguwar)

Wiele osób zgodnie uważa, że czasy się zmieniają. Kto wie, może to prawda? Bo kiedy w XXI wieku The Rolling Stones podążają bluesową, samotną ścieżką, potrzebny jest zespół, który ukaże światu życiodajną, rock’n’rollową stronę życia. Przydadzą się do tego bezpretensjonalne teksty i melodie, które zapamiętamy na lata, lub chociaż na miesiące, co przy obecnym trybie życia wciąż robi wrażenie (gdyż „czasy się zmieniają”). Foxygen, jako dobrzy ambasadorzy pokoju i muzyki, przypominają o starych, dobrych czasach. Nawet tych przed Stonesami, bowiem Hang jest ekscentryczne jak Song Cycle Van Dyke Parksa, chwytliwe niczym największe hity Buddy’ego Holly’ego a do tego ma modną, barokową otoczkę. Pierwsze grozi sileniem się na oryginalność (America). Drugie oznacza omyłkowe stworzenie piosenki, brzmiącej niczym niedokończony pomysł (Upon a Hill). Trzecie natomiast ratuje wszystko. Za kilka lat barokowy pop odejdzie na dobre (w końcu „czasy się zmieniają…”), lecz intrygujące, momentami zaskakujące teksty zostaną na dobre – „If you’re already there, then you’re already dead. You’re living in America”. Hang jest zarówno do cytowania jak i do odtwarzania w kółko: kolejny element zaczerpnięty od Stonesów.

7.6/10 (Follow the Leader, Avalon, Mrs. Adams, Rise Up)

The Flaming Lips – Oczy Mlody (Warner Bros.)

Szkoda że Wayne Coyne nie dołożył polskiego „ł” do nazwy, wówczas piętnasty album psychodelicznego giganta byłby najbardziej polskim albumem wydanym przez jakikolwiek amerykański band. Przynajmniej można cieszyć się z najbardziej swojsko brzmiących piosenek od czasu utworu pt. Kielbasa zespołu Tenacious D (znów, bez „ł”). Nawet pomimo faktu, iż zespół użył w niektórych tytułach polskich wyrazów tylko i wyłącznie ze względu na brzmienie, nie zważając na głębsze ich znaczenie. Lecz nie tylko ten wątek prowadzi donikąd. Można odnieść wrażenie, że cały album w dyskografii zespołu tylko i wyłącznie istnieje. Ani to magnum opus ani wielki niewypał. A to oznacza psychodelię, lecz raczej jako stan umysłu aniżeli styl kompozycji przy lekko brzmiących utworach, podchodzących pod popularne granie i złączonych w całość, która po przesłuchaniu pozostawia jakąś dozę smutku i lekkiej niepewności w sercu. Na szczęście The Flaming Lips to albumowy zespół. Warto słuchać, nawet nie mając z nimi wcześniej do czynienia. A ponadto jest okazja usłyszeć Miley Cyrus w ciekawszym niż We Can’t Stop klimacie. Po „dancing with Miley” czaLemon Memorys na „psychedelic ride with Miley”. Część druga – ta pierwsza w postaci darmowego albumu Dead Petz skończyła się wiele przed północą.

7.1/10 (Oczy Mlody, How??, The Castle)

Menace Beach – Lemon Memory (Memphis Industries)

Jest chwytliwie, ale i wolno. Dlaczego więc punk? Cóż, może nikt nie traktuje tej „supergrupy” na poważnie. A oni tego wcale nie chcą: zbyt wiele ciepła bije z ich kompozycji. I w ten sposób wszystkie prawa Wszechświata zostały zachowane.

6.9/10 (Maybe We’ll Drown)

Dropkick Murphys – 11 Short Stories of Pain & Glory (Born & Bred)

Było już coś o tym, że Wyspiarze specjalizują się w łatwo powtarzalnej muzyce? W takiej sytuacji najlepiej nadrabiać charakterem. A ich nie da się nie lubić. Nawet pomimo bezwstydnego coveru hymnu Liverpool FC. Fani United – confirmed.

6.7/10 (Kicked to the Curb, 4-15-13)

Natalie Hemby – Puxico (Getwrucke)

Niech żyją debiuty relatywnie znanych artystów! Niech żyją muzycy, którzy przypominają nam o tradycji! Niech żyją piosenki rozgrzewające serce, od kogoś szczerego i serdecznego zarazem! Ale, na Boga, nigdy więcej Backstreet Boys-owego beatu w muzyce country.

6.6/10 (Time Honoured Tradition, Cairo, IL)

Austra – Future Politics (Domino)

Mój ulubiony tytuł piosenki jaki od dawna widziałem – I Love You More than You Love Yourself. Tyle że nikt nie kocha albumów (ani ludzi) tak bardzo niezdecydowanych. Tekst dojrzały („My work is valid, I can’t prove it but I know”), ale spontaniczny, wręcz naiwny („I’m not a coward like them, I don’t need more money”). Katie Stelmanis śpiewa zachęcająco, ale w większości są to monosylaby. Wszystko brzmi jak za mgłą, ale ta właśnie „mgła” spowijająca kolejne utwory wyłącza głos Stelmanis na tyle spektakularnie, że ciężko wychwycić jakiekolwiek słowa przez nią śpiewane! Zalety? Czasem owo niezdecydowanie działa na korzyść. Niby ten album ma mroczną otoczkę, ale jednocześnie daje sporo nadziei na przyszłość. Niby składa się tylko z beatów, ale są to beaty na Światowym poziomie. Niby nic niezwykłego, ale jednak można się przekonać. Można, nie trzeba.

6.3/10 (Angel in Your Eye, Beyond a Mortal)

Gone Is Gone – Echolocation (Rise)

Zrobić w takim składzie album, o którym nie można nawet porozmawiać, to niemal wyczyn.

5.8/10

The xx – I See You (Young Turks)

Gdyby można było przyznawać noty wyłącznie na podstawie początku albumu wówczas za klasyki uznaję ostatni album Demi Lovato (Confident) oraz ten długo wyczekiwany follow-up wydanego w 2012 roku Coexist od brytyjskiego indie-elektronicznego trio stylizującego się na electro-Coldplay. Tutaj, na „stylizacji” się kończy. Ich teksty nie brzmią jak zjednoczenie całej ludzkości. Bardziej jak słowa z kartki mokrej od łez z powodu pierwszego rozstania (On Hold). Płakać jednak możemy wyłącznie my – jest to bowiem najmocniejszy punkt albumu. Romy jest absolutnie bez formy, Oliver swoim głosem próbuje uśpić słuchacza tylko po to by później móc go obserwować w trakcie snu (założę się, że to on wymyślił nazwę płyty, gość wygląda co najmniej podejrzanie), zaś Jamie chyba myśli o drugim solowym albumie (pro publico bono). Podczas gdy niektóre (dwie) piosenki świecą i spadają razem z gwiazdami, zostawiając niezapomniane wrażenia i spełniając najskrytsze marzenia, reszta brzmi jak najtańszy, najbardziej desperacki pop jaki słyszałem od zespołu z ogromnym potencjałem i leży pijana w rowie, w wiosce, której nazwy nikt nie zna. Może nazywać się ona zapomnieniem (pro publico bono).

4.5/10 (Dangerous, On Hold)

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy