Nigdy cię tu nie było

Klaudia Chwastek
Nigdy cię tu nie było

Nigdy cię tu nie było Lynne Ramsay to film nieco dziwny, przynajmniej zaraz po seansie tak się może wydawać. Jednak po zastanowieniu się okazuje się, że w tej dziwności jest pewna metoda, a film staje się dobry… w pewnym sensie w swej prostocie.

Nigdy cie tu nie było to zdobywca dwóch Złotych Palm w Cannes w 2017 roku, za scenariusz i dla najlepszego aktora Joaquina Phoenixa. Był także nominowany do nagrody głównej. Czy zasłużenie? Muszę przyznać, że dawno czegoś takiego nie widziałam. Film jest rzeczywiście dziwny, powiedziałabym, że nawet bardzo dziwny. Dodatkowo pojawia się tutaj pewien kontrast, bowiem z jednej strony jest spokojnie, z drugiej zaś bardzo brutalnie. Krew się leje, trupów nie brakuje. W tym wszystkim zaś mamy tak właściwie tylko jeden wątek.

Film jest bardzo wolny, spokojny, wszystko dzieje się wręcz leniwie, jeśli spodziewamy się nagłej akcji, to jej tam praktycznie w ogóle nie ma. Tam tak naprawdę nic nie nadaje tempa. Jednak film jest tak skonstruowany, że niby się ciągnie, ale tak naprawdę nie wiemy, kiedy te półtorej godziny mija. Nastrój zdecydowanie nadaje muzyka, która niejako jest kolejnym aktorem, odgrywającym znaczącą rolę. Ta muzyka to jeden z głównych bohaterów tego filmu. A do tego zdjęcia, które są rewelacyjne, na które po prostu się patrzy i które się odbiera. Te genialne kadry, zwrócenie kamery na detale, jak oko czy kosmyk włosów, nadają temu filmowi charakteru, pozwalają widzowi zastanowić się nad tym, co widzi. Zaś scena, w której główny bohater żegna się ostatecznie ze swoją matką, jest jak dla mnie rewelacyjna i mimo wszystko łapie za serce. Choć możemy uznać, że wchodzenie do jeziora w pełnym garniturze wydaje się głupie, to można potraktować to jako pewien rytuał, ostatnie pożegnanie – chociaż nietypowe, to bardzo istotne.

Nigdy cię tu nie było, reż. Lynne Ramsay

Jednak o co tak naprawdę chodzi w Nigdy cię tu nie było? Główny bohater Joe, który jest zdecydowanie po przejściach, co widzimy w retrospekcjach i zaburzeniach psychicznych, jest zbirem, który dostaje zlecenie „odbicia” córki jednego z polityków z rąk ludzi, którzy wykorzystują nieletnie dziewczynki. Ta sytuacja zaś sprawia, że Joe mimo wszystko chce ją uratować, mimo że ludzie z jego otoczenia giną. Jednak można odnieść wrażenie, że chcąc mimo wszystko ratować dziewczynkę, tak naprawdę chce uratować siebie, wręcz wyzwolić się z przeszłości, a świadczyć o tym może jedna z ostatnich scen, w której płacze.

Joaquin Phoenix jest genialny. Choć wygląda na zbira, widzimy jego rany, czasami świadczące o brutalności, jaka została wobec niego zastosowana. Jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jego ból, może nawet nie tyle fizyczny, co psychiczny – zwłaszcza, gdy oglądamy sceny, w których chce zadać sobie ból.

Chociaż w Nigdy cię tu nie było nie pada zbyt wiele słów, ogląda się go genialnie. Ja, jak i osoba oglądająca ze mną ten film, mieliśmy skojarzenie z Sarą Macieja Ślesickiego, zaś w kwestii retrospekcji, zaburzeń psychicznych, chociaż oczywiście dużo lepiej przemyślanych, przychodzi mi na myśl Kruk. Szepty słuchać po zmroku. Bez wątpienia jednak widać, że jest to film festiwalowy, robiony pod specyficznego widza, który nie ogląda filmu dla rozrywki, ale by wynieść coś z historii, którą ogląda, i móc się nad nią zastanowić.

Ten film może i nie jest łatwy w odbiorze, może i wielu się nie spodoba, jednak mam wrażenie, że warto go zobaczyć, chociażby ze względu na konstrukcję filmu i pewnego rodzaju prostotę, która prostotą jest tylko z pozoru.

Klaudia Chwastek

Redaktor naczelna Magnifier. Absolwenta Akademii Ignatianum w Krakowie na kierunku kulturoznawstwo. W obszarze jej zainteresowań znajdują się social media. Chętnie bierze udział w różnorakich imprezach kulturalnych. Miłośniczka Krakowa i kawy.

Kontakt: klaudia.chwastek@e-magnifier.pl

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy