No i nastał Ragnarok…

Grzegorz Stokłosa
No i nastał Ragnarok…

Gdyby ktoś zapytał mnie o chronologię produkcji, które serwuje nam Marvel, z pewnością miałbym pewną zagwozdkę. Albowiem kolejne opowieści o przygodach superbohaterów wypuszczane są z prędkością, która przyprawia o zawrót głowy. I kolejne produkcje to kolejne setki milionów na koncie twórców. Jednak czy jakość nie spada z kolejnymi etapami wprowadzanymi przez studio?

 

Jasnowłosego, nordyckiego boga spotykamy w dość niekomfortowej sytuacji. Jak bowiem nazwać chwilę, gdy bóg piorunów, który w poprzednich częściach pokazał swoją nadprzyrodzoną siłę, wisi, zniewolony łańcuchami? Jednak już po chwili akcja nabiera stanowczego tempa. Tak stanowczego, że aż trudno za wszystkim nadążyć. I wierzcie mi – to, co zaserwowali nam twórcy, to istne szaleństwo. Totalna mieszanka humoru, patetyzmu i absurdu. Wszystko wskazuje na to, że nauczeni przez przykład Strażników Galaktyki pracownicy Marvela postanowili pozbyć się wszystkich hamulców. Z jakim efektem?

Rzecz w tym, że komedia absurdów, wymieszana ze sporą dawką akcji i szczyptą boskiej czci, to składanka, która świetnie oddaje klimat historii o bogu piorunów, jak i całej reszcie Avengerów. Dlatego kupuje to z całym przekonaniem. Bawiłem się świetnie, śmiałem się co chwila, nie tracąc zainteresowania tym, jak potoczą się losy bohaterów. W dodatku coś, czego w mojej opinii zabrakło we wspomnianych Strażnikach Galaktyki – fabuła. Thor: Ragnarok to mimo wszystko przemyślana historia, od początku do końca logiczna. O ile możemy mówić o logice w świecie Hulka, Thora i całej reszty.

To również plejada gwiazd, wybitnych aktorów, których obecność już sama w sobie jest gwarantem sukcesu. Jednakże, o ile jestem gotów z pełnym przekonaniem kupić grę Hopkinsa czy Goldbluma, o tyle Cate Blanchet jest praktycznie niewidoczna. Wielka postać kina, grająca potężnego wroga, jest całkowicie niewyrazista. I choć nie zapomnę nigdy jej wielkich produkcji, w uniwersum Marvela nie spisała się w najmniejszym stopniu. A cały show zgarnęli Hemsworth, Hiddleston i Ruffalo, którzy byli, nie przesadzając, genialni. Bawią, szaleją, nie pozwalają się nudzić. Są totalnie nieprzewidywalni.

Jednak filmy Marvela nie byłyby tym samym, gdyby nie świetnie dobrana muzyka. Również w Ragnaroku ścieżka dźwiękowa świetnie oddaje klimat historii. Nieraz zdarzyło mi się oglądnąć film, który pomimo świetnej historii i odpowiednio dobranych aktorów, jest dla mnie nie do zaakceptowania właśnie z przyczyny wręcz drażniącej muzyki. Tu o takim zjawisku nie ma mowy.

To właśnie jest Thor: Ragnarok. Film, który całkowicie zerwał się ze smyczy twórców i zabiera widza w szaloną podróż najbardziej pokręconym rollercoasterem, jaki można sobie wyobrazić. Dzieło niewymagające, rozluźniające i bawiące. Nie jest to przykład ciężkiego, skłaniającego do refleksji kina, lecz lekka produkcja, która idealnie pozwala oderwać się od szarej codzienności, która czai się za oknem. Po raz kolejny mogę powiedzieć: kuźnia Marvela nie zwalnia tempa, a kolejne filmy ich produkcji tylko utwierdzają, że „następny” nie musi oznaczać „słabszy”.

 

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy