Nominacje do nagród Grammy 2017 – komentarz

Antoni Bastyla
Nominacje do nagród Grammy 2017 – komentarz

Początek grudnia to Mikołajki, uganianie się za skarpetkami dla najbliższych oraz dzień, w którym niektórzy fani muzyki liczą na zmiany w porządku świata – nominacje do Nagród Grammy.

Jako że nie chodzi w nich o jakość tylko o ilość (sprzedanych nagrań/odtworzeń na Spotify), wyżej wspomniani fani co roku o tej samej porze wciąż są zmuszeni sięgać po leki na uspokojenie, gdyż „dobrej muzyki nikt nie zauważa”. I choć z perspektywy czasu tego typu żale wydają się okropną stratą godzin na narzekanie zamiast na słuchanie muzyki to jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji odpowiedzialna za przyznawanie Grammys coraz bardziej ignoruje zasady ustalone przez nich samych. Rozumiem, że każdy chciałby być niepokorną gwiazdą rocka łamiącą wszelkie reguły, jednak ten okres w życiu także mija. Ale czy na pewno?

Akademia ma swoje zasady. Jedną z głównych jest okres, w którym rozpatrywane są propozycje artystów. Jeżeli statuetki przyznawane są w roku 2017 to pod uwagę brane powinny być wyłącznie utwory nagrane od 01.10.2015 do 30.09.2016. Już rok temu członkowie Akademii wystawili środkowego palca całemu biznesowi muzycznemu kiedy to statuetkę za Song of the Year zgarnął Ed Sheeran z piosenką o dwa tygodnie za starą na to, by dostać nominację (Thinking Out Loud). Co najlepsze: ta sytuacja ma się nijak do tegorocznych nominacji.

W kategorii Record of the Year nominację otrzymali Twenty One Pilots za ich hit pt. Stressed Out. Świetne nagranie, połączenie rocka z rapem, niegłupi tekst i wielki popyt, który przekuł się na potężne 800 milionów odtworzeń na YouTube oraz ponad 600 milionów na Spotify. I jeden podstawowy problem – piosenka ta jest zbyt stara, żeby była rozpatrywana jako potencjalny kandydat do statuetki. I o ile dwa tygodnie czy nawet miesiąc brzmi jeszcze do zniesienia (tylko brzmi, bo to wciąż łamanie zasad. Oddawaj statuetkę, Sheeran!) to Stressed Out jako singiel zostało wydane dokładnie 28.04.2015 roku. Czyli pięć miesięcy za późno. Witamy w Akademii. Swoją drogą – inna nominacja w tej kategorii to 7 Years w wykonaniu Duńskiego zespołu Lukas Graham. Piosenka nagrana o dwa tygodnie zbyt wcześnie. Czy to jakiś znak?

Nie tylko fakt ignorowania terminów kłuje w oczy. Za równie frustrujące można uznać przyznawanie nominacji, które wydają się kompletnie nielogiczne. Najlepszym tegorocznym przykładem jest Drake. Kanadyjski muzyk, który zaczynał od klimatów hip hopowych. Jednak jego tegoroczny album pt. Views bardziej obraca się wokół r&b oraz wskrzeszonego przez niego gatunku muzyki jakim jest dancehall. Stricte hip hopowych kompozycji na płycie jest kilka. Zaś te, które z rapem/hip hopem mają niewiele wspólnego otrzymały nominacje w kategoriach hip hopowych. Best Rap Performance – Pop Style, w którym Drake śpiewa. Best Rap/Sung Performance – Hotline Bling, które zdecydowanie bardziej pasuje do nagrody Best R&B Performance z tego samego powodu co ww. Pop Style. W dodatku ta piosenka została wydana 31.07.2015 roku. Czyli termin naciągnięty o dwa miesiące. Wreszcie – Rest Rap Album, wśród których nominowane jest Views. Zasady mówią jasno – „album musi zawierać co najmniej 51% materiału zawierającego rap”. Szczerze mówiąc, nie liczyłem dokładnie jak to wygląda w procentach. Jednak szczerze wątpię, że na Views znajdzie się nawet połowa muzyki hip hopowej/rapu.

Zostając przy najnowszym albumie Drake’a – oczywiście gust muzyczny to rzecz tak subiektywna jak liczba gatunków muzyki, które ludzie są w stanie wymienić. Spójrzmy na nominacje do najbardziej prestiżowej nagrody – Album of the Year.

Wśród nich są:

  • 25 – Adele
  • Lemonade – Beyonce
  • Purpose – Justin Bieber
  • Views – Drake
  • A Sailor’s Guide to Earth – Sturgill Simpson

 

Spośród tych pięciu album, dwa zostały przyjęte niezbyt entuzjastycznie (przynajmniej w porównaniu z pozostałymi trzema). Mowa o naszych Kanadyjskich chłopcach – Drake’u oraz Justinie Bieberze. Jeżeli jednak Akademia nominuje obydwu do najważniejszej z nagród, powinna mieć jakieś argumenty przemawiające za taką decyzją. A skoro są to muzyczne „średniaki” to należy patrzeć na liczbę wykupień/odtworzeń. Czy takie działanie ma sens? Jasne, nie jest wcale tak łatwo zrobić album, na który ludzie rzucą się jak na grudniowego karpia w Tesco. Ale bądźmy szczerzy – niedosyt zawsze pozostanie.

Głosy „przeciw” zawsze będą. Zresztą umówmy się: ciężko przypuszczać, że te albumy są tak uwielbiane z innego powodu niż nazwiska artystów, którymi są sygnowane. Drake i Justin Bieber byli uznanymi markami jeszcze przed wydaniem kolejno Views oraz Purpose. Dobrym przykładem jest tutaj duet Macklemore & Ryan Lewis. Pojawili się znikąd ze swoim The Heist. Byli totalnie anonimowi, jednak udało im się tym albumem zawładnąć listami sprzedaży. Otrzymali za to kilka nominacji do Grammys oraz zgarnęli kilka statuetek. Jednak ich tegoroczne wydawnictwo, This Unruly Mess I’ve Made, nie sprzedało się nawet w połowie tak dobrze jak The Heist. I pomimo podobnych recenzji (niewiele korzystniejszych dla wcześniejszego wydawnictwa), zostało kompletnie pominięte przez Akademię.

Macklemore i Ryan Lewis nie otrzymali nawet jednej nominacji w tym roku. Zaś Drake zgarnął ich kilka. Za album, z którego krytyka nie była zadowolona, gdyż zdaniem większości publikacji muzycznych, Views to najsłabszy album w dyskografii artysty. I ten właśnie krążek przysporzył mu jego pierwszą w karierze nominacje do nagrody za Album of the Year. Swoją drogą, Drake posiada tylko jedną statuetkę Grammy, mimo że otrzymał już łącznie ponad 30 nominacji. Życzę mu, żeby podszlifował nieco konto.
Tak jak było powiedziane – trudno czepiać się nominacji pod kątem jakości muzyki, gdyż to także zależy od gustu, jednak wiele nominacji wydaje się okropnie na wyrost. Grammys to nie nagrody muzyki niezależnej gdzie docenia się twórców oraz jakość artystyczną i ciężko byłoby oczekiwać, że pod tym kątem cokolwiek się zmieni. Ale spojrzenie na tą właśnie jakość byłoby bardzo miłe. Czasem można odnieść wrażenie, że tego tu brakuje.

Żeby jednak nie smucić po całości – jest także wiele miłych akcentów pośród nominowanych. Sturgill Simpson i jego alternatywne country z nominacją do Album of the Year brzmi świetnie. Wiele nominacji zgarnął także David Bowie. Jedna sprawa, że są one przyznane pośmiertnie, jednak trzeba przyznać, że Blackstar to album wyjątkowy (który nie został przeze mnie umieszczony na liście, co było błędem, więc Boże wybacz). Uwadze Akademii nie umknął także album pt. We Are King trzech dziewczyn tworzących grupę r&b, KING. W kategorii Best Dance Recording swoją szansę otrzymał także Flume za Never Be Like You. Ta piosenka jest niejako potwierdzeniem, które kraje tworzą najlepszą i najbardziej rozchwytywaną na świecie muzykę popularną w tej chwili – Flume pochodzi z Australii, zaś towarzysząca mu w utworze Kai jest Kanadyjką. Szansę na zgarnięcie statuetki w kategorii Best New Artist ma niezależny artysta hip hopowy Anderson .Paak, którego już dziś wielu określa jako przyszłość muzyki.

Wreszcie po 24 latach oczekiwania ze swojej pierwszej w karierze nominacji może cieszyć się zespół Weezer, którego Weezer (The White Album) powalczy o nagrodę w kategorii Best Rock Album.
Lata lecą, zaś Akademia się nie zmienia. Wciąż łamie swoje zasady, rozdając nominacje na prawo i lewo. Tegoroczny „wybryk” ze Stressed Out to jednak ciężki orzech do zgryzienia. Na tyle, że 12.02.2017 nie będę raczej siedzieć w nocy i oglądać ceremonii, która powinna być świętem przemysłu muzycznego. W zeszłym roku, po zwycięstwie Taylor Swift nad Kendrickiem Lamarem w kategorii Album of the Year powiedziałem sobie, że „zwycięzcy i tak się nie liczą, ważne są nominacje”. Ten rok pokazał jednak, że to nieprawda. Zaś wszystkich „miłych akcentów” jest zwyczajnie zbyt mało by traktować całe wydarzenie na poważnie.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy