Nowa nadzieja

Mateusz Demski
Nowa nadzieja

Widzowie, jesteśmy w domu! Parafraza słów, które stały się kanwą materiałów promocyjnych VII epizodu gwiezdnej sagi wydają się najlepiej oddawać nastroje wybrzmiewające tuż po jego długo oczekiwanej premierze. Fani oryginalnej serii mogą nareszcie odetchnąć z ulgą, bowiem pod skrzydłami Abramsa i jego młodzieńczej ekipy poczują się ponownie jak u siebie. A co ważne, weterani sławetnego pierwowzoru z niepokornym koreliańskim awanturnikiem na czele odnaleźli w nim również swe honorowe miejsce.

600341_1.1Honorowe z tego względu, że Przebudzenie Mocy ubrane jest w ikonograficzne szaty swego pierwowzoru. Choćby ujęcia z kokpitu X-Winga, zachodzące słońce nad piaszczystą powłoką Jakku, relikwia z Bespin, spopielona facjata Dartha Vadera czy wspomnienie śmiercionośnego zsypu na śmieci. Podobnych twistów jest dosłownie bez liku. W zasadzie każda kolejna sekwencja stopniowo dostarcza widzom ikonograficznych analogii i powrotów, które ze zdwojoną siłą uderzają w sentymentalną nutę. Tym bardziej, gdy koniec końców okazuje się, że Han Solo mimo siedemdziesiątki na karku włada blasterem niczym młodzieniaszek, jego wierny futrzak wciąż może poszczycić się bujną czupryną, a Sokół Millenium będący postrzegany przez pryzmat największej kupy złomu w całej galaktyce, wchodzi w nadprzestrzeń jak w przysłowiowe masło.

600334_1.1Jest w tym wszystkim ogromny sentyment, tęsknota za tym, co w latach 70. definiowało kino nowej przygody i erą VHSów, które stanowiły nośnik do świata gwiezdnych przygód. Bo Przebudzenie Mocy od samego początku jest świadome katastrofalnych przewinień prequeli, z powodzeniem podążając tropem przetransponowania Nowej Nadziei na własną modłę. Reformator serii Star Trek nie sili się zatem na innowacje i udziwnienia, budując swą historię na nienaruszonym kośćcu fabularnym IV epizodu, dopełniając go nie tyle innowacyjnymi wątkami, co świeżą krwią. Historia zatacza zatem szerokie koło, co można interpretować różnorako; być może kolejne pokolenie musi przetrawić doświadczenia swoich przodków, a może to po prostu Gwiezdne Wojny, takie, jakie pokochał świat lata temu. Czy jednak tak oczywista parafraza w pełni zadowala? Złośliwi zapewne sprowadzą ją do funkcji „kopiuj-wklej”, bądź uznają za przewidywalny reboot stąpający po najmniejszej linii oporu. Ja jednak daję się w pełni porwać temu zabiegowi. Tym bardziej, gdy na pokładzie spotykam tak skrupulatnie wyselekcjonowaną obsadę ze zjawiskową Daisy Ridley na czele. Subwersyjny przewrót to zresztą jedna z najwspanialszych niespodzianek towarzyszących temu widowisku.

609650_1.1Moc jest naprawdę silna w Abramsie i jego gwiezdnej ekipie. Być może dzieciaki nie zaburzają starego porządku definiując kino nowej przygody na nowo, ale to nawet lepiej. Kosmiczna baśń, będąca wzorem uniwersalnej przypowieści o odwiecznej konfrontacji dobra ze złem, przyjaźni, lojalności i empatii, która dla jednych stała się obiektem fanatycznego kultu, dla innych przybrała formę współczesnej mitologii nie potrzebuje silić się na pretensjonalną rebelię. W zamian otrzymujemy obiecujące twarze, które udźwignęły ciężar swych praojców i stworzyły podwaliny pod przyszłe kontynuacje. Relacje dziarskiej Rey, zagubionego Finna, uroczej BB-8 i zawadiackiego Poe Dammerona, najlepszego pilota Ruchu Oporu pretendującego do miana następcy Hana Solo, niewątpliwie będą miały jeszcze okazję wybrzmieć siłą setek tysięcy midichlorianów. Spójrzmy prawdzie w oczy: era supremacji Hana, Lei, Luke’a i R2-D2 bezpowrotnie dobiegła końca.

609646_1.1Co ważne, Abrams nie pozwala ostatecznie zepchnąć się do defensywy. Wystarczy spojrzeć na drugą, tą antagonistyczną stronę barykady. Ciemność jarzy się bowiem całkiem innym odcieniem purpury, przełamując schemat i odkrywając nieznane dotąd rejony. Co prawda faszystowski generał Hux, bezwzględna kapitan Phasma i Leader Snoke pozostają nadal owiani tajemnicą, jednak właściciel egzotycznego miecza świetlnego, znajdujący się na niższym szczeblu zasady dwóch okazuje się jednym z najbardziej intrygujących komponentów tego epizodu. Kylo Ren – przywołujący na myśl szereg skojarzeń z Expanded Universe – stanowi antytezę dotychczasowego wizerunku sitha. Potężnego czarnego charakteru, który samą swą obecnością roztacza wokół siebie niepokojącą, ale i frapującą aurę. Ren wykazuje w swych działaniach niespotykany dotąd pierwiastek ludzki. Niepoprawny gadzieciarz i psychofan Dartha Vadera to bowiem porywczy, nieokrzesany, a nade wszystko rozdarty wewnętrznie smarkacz. Ciemna strona mocy jeszcze nigdy dotąd nie posiadała równie nieprzeniknionego oblicza.

Trzeba oddać jedno: Przebudzenie Mocy z pewnością nie zostanie odczytane jako plama na honorze gwiezdnej sagi. Wprost przeciwnie. Wszelkie oczekiwania zostały spełnione a przemyślane sekwencje akcji, konwergencja efektów specjalnych dwóch skrajnych generacji i monumentalne kompozycje Williamsa przyjemnie wgniotły w fotel. Najbardziej jednak cieszy mnie fakt, że Abrams zamienił ten dwugodzinny seans w uświęcony rytuał, celebrujący naszą nieskończoną miłość do uniwersum Gwiezdnych Wojen. Poczucie wspólnoty, rozpalenie wyobraźni, obudzenie od dawna uśpionych emocji i stworzenie międzypokoleniowego pomostu jednającego wyznawców starej, jak i nowej trylogii to przebudzenie nie tyle mocy, co istoty magii kina.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

wereriders

Obejrzałem i swój własny opisałem u siebie http://wereriders.tumblr.com/post/135707621772/star-wars-przebudzenie-mocy Cytat: "Trzeba oddać jedno: Przebudzenie Mocy z pewnością nie zostanie odczytane jako plama na honorze gwiezdnej sagi. " Szczerze? jest plamą na honorze. Kto lubi stare odgrzewane kotlety. Być może, komuś nowa odświeżona wersja podobała się. Ale wystarczyło na chwilę spojrzeć na zawiedzione twarze ludzi wychodzących z kina. Poza tym już net huczy o porażce filmu. Demoty itd