Pieniądze to zło

Mateusz Tkaczyk
Pieniądze to zło

Nie od dziś wiadomo, że pieniądze szczęścia nie dają, ale potrafią znacznie ułatwić życie. Wszyscy wiemy: pieniądze to nie wszystko. Niemniej jednak są one po prostu bardzo przydatne. Wszystkie pieniądze świata (All the Money in the World, 2017, reż. Ridley Scott) już samym tytułem nawiązują do szmalu. Oczywiście nie tylko sam tytuł dotyczy pieniędzy, ale też cała akcja filmu kręci się właśnie wokół kasy. Dodatkowego smaczku dodaje cała otoczka, która towarzyszyła powstawaniu dzieła, a także jego późniejszej premierze. I w zasadzie historia związana z obsadą również pokazuje jak istotną rolę w dzisiejszym świecie pełnią pieniądze oraz oczywiście determinacja reżysera. Jednak odłóżmy na bok kontrowersje związane ze zmianą aktora po zamknięciu planu zdjęciowego i przejdźmy do samego obrazu.

Film przedstawia zainspirowaną prawdziwymi wydarzeniami historię porwania wnuka amerykańskiego miliardera, który uważany był w owym czasie za najbogatszego człowieka  na świecie. Reżyser wrzuca nas w historię w momencie porwania wspomnianego wnuka i przez dwie godziny pozwala oglądać sposób, w jaki postępują negocjacje dotyczące uwolnienia porwanego. Natomiast ja odniosłem wrażenie, że motyw porwania zostaje zepchnięty na drugi plan, a główną postacią staje się Jean Paul Getty (Christopher Plummer) oraz jego poglądy na temat pieniędzy. I tak film, który w swoich założeniach miał być (prawdopodobnie) kinem akcji, raczy widza moralizatorskim wykładem na temat tego, co pieniądze są w stanie zrobić z człowiekiem. I w tym miejscu stawiam znak zapytania bo Uważam, że to, co robi Scott jest naprawdę żałosne. Nie kupuję jego wizji wcale, oczywiście domyślam się, że musiał wzorować się na oryginalnej historii, ale to jest jednak poniżej pewnego poziomu. Pieniądze psują i nie są dobre. „Bez nich byłoby lepiej” – zdaje się mówić, a w zasadzie nawet wołać, reżyser z ekranu. Po prostu nie mogę znieść tej jednostronności pokazywanych wydarzeń, zwłaszcza, że na samym końcu pojawia się informacja, iż część dialogów została zmieniona, aby dodać filmowi dramaturgii. Tym samym twórca opluwa widzów (a przynajmniej mnie), mówiąc, że to było inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, ale większość tego, co zobaczyliście, to moja własna wizja.

Jednym z pozytywnych aspektów tego dzieła jest muzyka. Bardzo stonowana, niemalże całkowicie wyciszona, ale to właśnie ona buduje całe napięcie w filmie. Na szczególną uwagę zasługuje także Christopher Plummer, który znakomicie odgrywa swoją rolę, czyli staruszka sknerusa, który żałuje pieniędzy wszystkim i na wszystko. Mam wrażenie, że aktor po prostu urodził się do tej roli. Już sam jego wygląd idealnie wpisuje się w sylwetkę takiego skąpca. Znakomicie oceniam również zdjęcia i nie mówię tego tylko dlatego, że ich twórcą jest Dariusz Wolski. Prowadzenie kamery, to na czym się koncentruje, jest niesamowite. Sceny bardzo płynnie po sobie następują, wszystko dzieje się niesamowicie sprawnie. Aczkolwiek te same ujęcia są długie, mało dynamiczne, bardzo statyczne, co nijak się ma do kina akcji, które raczej stawia na szybki montaż oraz krótkie ujęcia. Jednak mimo wszystko warto docenić pracę Polaka, gdyż bardzo wiele kadrów można zatrzymać, oprawić w ramkę i powiesić na ścianie.

W zasadzie na tym kończą się pozytywy. Chyba największym zarzutem, jakim stawiam Wszystkim pieniędzom świata to fakt, że film jest śmiertelnie nudny. Absolutnie nic się nie dzieje, ludzie chodzą w domu, rozmawiają przez telefon, później lecą do innego kraju, tam też chodzą po domu i rozmawiają przez telefon. Zero dynamizmu, akcja posuwa się w bardzo dziwny sposób. W pewnym momencie nie mogłem się zorientować, ile czasu rzeczywistego minęło od porwania, nie pomagają w tym nawet napisy, mówiące gdzie jesteśmy i w którym roku. To wszystko jest bardzo nieintuicyjne, zwłaszcza, że w filmie pojawiają się retrospekcje, a to wszystko jest okraszone komentarzem z offu. Prawdziwy misz masz konwencji narracyjnych, który nie działa, a co więcej – utrudnia odbiór dzieła. Warto dodać, że w zasadzie nikt z obsady oprócz Christophera Plummera specjalnie się nie wyróżnia. Michelle Williams ma swoje przebłyski, ale w gruncie rzeczy nawet nie stara się udawać, że gra. O Marku Wahlbergu nie będę sie specjalnie wypowiadał, on po prostu nie umie grać i nie inaczej jest w tym wypadku. Ale ma miłą twarz, więc mimo braku umiejętności da się go znieść. Charlie Plummer, który wciela się w rolę porwanego, przez cały film gra jedną twarzą, do tego stopnia, że pokuszę się o stwierdzenie, że jest gorszy od Wahlberga. Zwłaszcza, że jego rola wymagała pewnej ekspresji, w końcu został porwany, okaleczony, a po nim nie widać żadnego strachu, niczego.

Wszystkie pieniądze świata zostaną zapamiętane przez pryzmat tego, co Scott zrobił z obsadą. Ja, przed premierą, zadawałem sobie pytanie, czy film się obroni. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że tego nie robi. Zazwyczaj jestem raczej łagodnym widzem i staram się dostrzegać pozytywne strony każdego dzieła. Nie inaczej jest w tym wypadku, najnowsze dziecko Scotta ma swoje plusy, ale są one całkowicie przyćmione przez te wszystkie złe decyzje, które podjął. Film jest nudny i zdecydowanie jednostronny. Reżyser nie daje dojść do głosu drugiej stronie, pieniądze dla niego to zło, przez, które porywane są dzieci itd. Sama postać bogacza jest nacechowana negatywnie. Scott tworzy wizerunek kogoś, kto woli wydać pieniądze na dzieła sztuki, niż na okup za swojego wnuka. Dodatkowo dochodzi do zmiany pewnych wydarzeń i dialogów, aby dodać filmowi dramaturgii. Niestety i to się nie udaje.  Jedyną dramaturgię tworzy muzyka. Wszystkie pieniądze świata są po prostu złe i będzie dla nich lepiej, jeśli zostaną zapamiętane przez skandal, a nie przez to, jakim filmem były.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy