Duchy głosu nie mają…

Grzegorz Stokłosa
Duchy głosu nie mają…

Od premiery ostatniej części Piratów z Karaibów minęło sześć lat. Czwarta część, Na nieznanych wodach, miała swoją premierę w 2011 roku. Można było wtedy spotkać się z opinią, że był to zbędny krok, że trzeba było zakończyć opowieść na trylogii. Jednak mimo to, informacja, że Walt Disney Pictures rozpoczęło pracę nad kontynuacją spotkało się z dość ciepłym przyjęciem wśród fanów. Przynajmniej na początku, bowiem wraz z przesuwaniem premiery, pojawiały się głosy obawy. Czy słuszne?

Osobiście udałem się do kina bez zwłoki. Pozwoliło to uniknąć mi dawki spoilerów, opinii innych osób i recenzji. Dzięki temu, mogłem zbudować całkowicie subiektywne zdanie. Jednak czy mogę to zakwalifikować do przyjemnych przeżyć?

Prawdę powiedziawszy przez pierwsze minuty filmu byłem przekonany, że w kinie doszło do awarii. Jakość filmu była, bowiem tak kiepska, że ciemne sceny były praktycznie niewidoczne. Widziałem zarysy postaci i słyszałem głosy. Jednak, gdy nastał dzień stało się jasne, że wina nie leży po stronie sprzętu. Kolejne minuty filmu, kolejne sceny utwierdziły mnie w przekonaniu – film jest zrobiony najzwyczajniej w świecie brzydko. Jakość obrazu prezentowanego widzom nie wskazuje na dzieło za ćwierć miliarda dolarów. Mało tego – wiele scen przynosi na myśl filmy klasy… Z… Czy twórcy naprawdę spędzili sześć lat na stworzeniu filmu, który jakościowo dorównuje takim tytułom jak Skostnica, Kobieta jeleń?

Ponadto sama fabuła filmu pozostawia wiele do życzenia. Jak dotychczas, klimat serii opierał się na wciągającej opowieści, ładnej muzyce, zabawnych dialogach i przyjemnych dla oka zdjęciach. To ostatnie jak już powiedziałem przepadło. Ale historia również? Jest banalna, jest nielogiczna, jest nudna i na siłę. To przykre, ale oglądając najnowszych Piratów z Karaibów człowiek zastanawia się „dlaczego twórcy zdecydowali nam opowiedzieć tą historię, którą trudno w zasadzie nazwać historią”? Niestety, tu również ludzie z ekipy się nie popisali.

piraci z karaibów zemsta salazaraa

Wspomniałem również o muzyce. Krótko rzecz ujmując, niczym nas nie zaskakuje, ale biorąc pod uwagę poprzednie kwestie – nie zaskakuje nas też negatywnie. Można zatem postrzegać to jako sukces.

No i gagi. Dotychczas bawił nas głównie Johny Depp w roli Jacka Sparrowa. Disney postawił na sprawdzoną receptę, jednak… Nie udało się. Wygląda to jakby próbowali podnieść nieudany eksperyment postacią Sparrowa, w efekcie mamy go aż do przesytu. A on sam nie bawi już tak jak kiedyś. I choć miło patrzy się na Geoffreya Rusha, i choć Javier Bardem miał potencjał, to niestety – nie wystarczyli. Mało tego – grany przez Bardema, tytułowy Salazar, który w założeniu miał być przerażającą, niezwykłą i przykuwającą wzrok czarną postacią, okazuje się być pusty, bez wyrazu – marny.

Niestety, mimo, że należę do grona fanów serii, odczułem ogromny zawód. Film okazał się być najzwyczajniej w świecie pospolity, a nawet słaby. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz, zaraz po wyjściu z kina, skwitowałem film krótkim „nie podobało mi się”. Szkoda, potencjał był ogromny, a żenadę tego filmu idealnie pokazuje jego ostatnia scena. Jeśli zdołaliście dotrwać do końca – przykro mi, najgorsze przed wami…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy