Powracając do Hogwartu

Tomasz Jakut
Powracając do Hogwartu

Któż nie zna Harry’ego Pottera! Niegdysiejszy idol nastolatek (i nie tylko) udowodnił nam już, że w naszym mugolskim świecie wciąż znajduje się miejsce na odrobinę magii. Udowodnił to dobitnie, pokonując potężnego czarnoksiężnika i ratując nas wszystkich od tragicznego losu. Skoro Harry jest tak wielkim bohaterem, to zapewne i jego dalsze życie obfituje w niespożyte pokłady pozytywnej magii, prawda?


[embedyt] http://www.youtube.com/watch?v=zTuUAlMveBU[/embedyt]

I w sumie na tym recenzję można by zakończyć, ale z racji tego, że jestem po prostu wkurzony (i przy okazji zawsze staram się być merytoryczny), napiszę więcej. I zacznę od stwierdzenia, że jeśli szuka się dobrej jakości magii, polecam poszukać gdzie indziej. I chyba najbardziej przerażające w tym stwierdzeniu jest to, że… za chwilę je udowodnię.

Zacznijmy już od samej formy książki i kreacji świata. Nowa opowieść o Potterze i jego przyjaciołach wychodzi z bardzo prostego założenia: jeśli nie byłeś wiernym czytelnikiem poprzednich części (albo od ich przeczytania minęło już trochę czasu), nie masz tu czego szukać. Jakiekolwiek wyjaśnienia czy choćby dokładniejsze opisy postaci nie istnieją. Dziwi to tym bardziej, że tekst, który dostajemy, jest nawet nie sztuką, co wydanym scenariuszem. W takim wypadku brak rozbudowanych didaskaliów naprawdę zaskakuje. A didaskaliów praktycznie nie ma. Ba, dawniej w dramatach zwykło podawać się listę występujących postaci na samym początku. I jeśli postaci te miały jakieś cechy szczególne, didaskalia je opisywały (bo w teatrze takimi rzeczami się gra). Tutaj nawet nie wspomniano o bliźnie Harry’ego. Didaskalia nawet nie opisują miejsc, w których rozgrywa się akcja. Wszystko musi zostać domyślane przez czytelnika. W przypadku powieści taki zabieg jest zrozumiały, ale w przypadku sztuki? Czy ta wersja scenariusza przed wydaniem została specjalnie oskalpowana ze wszystkich tekstów pobocznych, by przez przypadek nie zdradziły czegokolwiek sensownego? Jak można wystawić sztukę, nie wiedząc NIC choćby o miejscu rozgrywania się akcji czy wyglądzie postaci? Chyba że w tym momencie po prostu nie rozumiem targetu tej książki i najwidoczniej nie jestem totalnym fanatykiem Pottera, który wie jak wygląda choćby wnętrze domu spokojnej starości dla czarodziejów.

Fakt, że książka to dramat, pociąga za sobą także inną konsekwencję: traci się klimat. Gdy do minimum ograniczy się didaskalia i zostawi niemal wyłącznie kwestie poszczególnych postaci, to nie sposób wytworzyć odpowiedniej atmosfery. Nie wiemy niemal nic o mimice postaci, o ich stanie emocjonalnym, nawet o ich pozycji na scenie w momencie wypowiadania poszczególnych kwestii. W tym momencie cała rola budowania świata zostaje zrzucona na czytelnika. I jeśli czytelnik nie rozumie do końca uniwersum Pottera, nie uchwyci różnych subtelności, które zostały w tekst sztuki wplecione. Ba, „ósma historia” (jak książka sama siebie wdzięcznie nazywa) posuwa się jeszcze dalej i ograbia z atmosfery poprzednie książki. Wyrwanie wypowiedzi Hagrida z 1. części cyklu i wsadzenie ich w ramy surowej sztuki jest niemal profanacją dziecięcego wspomnienia – wspomnienia momentu pełnego grozy, a równocześnie radości i komizmu. Tutaj dostajemy groteskową scenę, ocierającą się o tragizm kiczu.

Czego brakowało najbardziej w późniejszych książkach o Harrym i jego przyjaciołach? Zdecydowanie Hogwartu, który – nie oszukujmy się – był najbardziej magiczną częścią Potterowego uniwersum. Zatem logicznym by było, gdyby teraz Hogwart powrócił. I tak też się dzieje, Hogwart powraca… na chwilę. I znów: nie jest to Hogwart jaki znamy, ale niezwykle zubożony, wyrwany ze swej aury tajemniczego spokoju i dostojeństwa. To Hogwart żerujący na wspomnieniach, konstruowany wyłącznie z nich. Bo w samym tekście nie ma o nim praktycznie nic. A co więcej: Hogwart pojawia się jedynie w urywkach, przelotnych obrazkach. Cała opowieść bowiem koncentruje się na czymś zupełnie innym. A tym czymś innym są dwie kwestie: obyczajowa i sci-fi.

Tak, w opowieści o Harrym Potterze najważniejsze są kwestie obyczajowe. A dokładniej rzecz ujmując: relacje pomiędzy ojcem i synem. Relacje oczywiście nie najlepsze, do przesady wręcz przerysowane w swojej okropności. Jakby tego było mało, doprawiono je scenami, które miały wzruszać do łez, ale powodują tylko, że poziom kiczu wzrasta do niewiarygodnych wręcz poziomów. Nagle Harry Potter wygrzebuje z dna szafy kocyk, w którym był okryty w czasie Pamiętnej Nocy™ i który chce ofiarować swojemu zbuntowanemu synowi – rzecz jasna z odrazą odrzucającemu ten dziwaczny (pewnie w dodatku zapleśniały) podarek. Aż łezka w oku się kręci jak bardzo to jest… tanie. Żeby było zabawniej, niesforny syn Harry’ego, Albus, zaprzyjaźnia się z synem Draco Malfoya. Oczywiście chłopak ten też nie ma lekko, bo wszyscy uważają go za syna Voldemorta. Tak, człowiek bez nosa i ogólnie taki ciut nieżywy miał niejako spłodzić potomka… z żoną Malfoya… cofniętą w czasie… Jako jego przyjaciel, Albus jest oczywiście najgorszym uczniem w szkole, trafia do Slytherinu, wszyscy go wyśmiewają. Ot, po prostu idealny kandydat, żeby wpaść w największe tarapaty, jakie sobie można wyobrazić.

I tutaj kończy się obyczajówka, a wkracza wątek sci-fi. Chłopcy postanawiają naprawić przeszłość, używając zmieniacza czasu. Cofają się lata wstecz, robią kilka głupich rzeczy, niszczą kontinuum czasoprzestrzenne, więc cofają się znów, żeby to wszystko naprawić… po czym ktoś kradnie zmieniacz i znowu zmienia czas i znowu trzeba wszystko odkręcać. STOP. W te klocki jest dobry Moffat i BBC, ale niestety nie autorzy tej książki. Jedyne, co potrafią od Stefana lepiej, to uśmiercać bohaterów i ich na nowo ożywiać. W tym zakresie scenarzysta Doktora Who mógłby się od nich szkolić. Ale jeśli chodzi o zachowanie logiki przy tak drażliwym temacie podróży w czasie – cóż…

Wszystko jest szyte maksymalnie grubymi nićmi. Nagle okazuje się, że zmieniacze czasu nie zostały zniszczone i jeden z nich pozwala podróżować w przeszłość aż do początków stworzenia wszechświata. Jak wpada w niepowołane ręce, to się okazuje, że istnieje drugi, jeszcze potężniejszy, więc cała banda Harry’ego łapie się za rączki i wyrusza w przeszłość, by ratować przyszłość. Błagam, litości. A, czy wspominałem przy okazji o tym, że Pani Z Wózkiem w pociągu do Hogwartu to tak naprawdę ten potwór z Dead Space i uaktywnia swoje moce, gdy ktoś chce wysiąść z pędzącego pociągu, skącząc z jego dachu? Tak, sci-fi z elementami horroru. Brzmi naprawdę wspaniale, czyż nie? Ale chyba i tak najbardziej żenuje w tym wszystkim postać Rona, który jest totalnym kretynem, bez jakiegokolwiek poczucia humoru, bez żadnego polotu… Jego iloraz inteligencji jest niższy niż u Patryka Rozgwiazdy czy pudełka serka wiejskiego w mojej lodówce. Jak patrzy się na jego małżeństwo z Hermioną, to się zastanawia, na jaką odmianę manii prześladowczej cierpi ta biedna kobieta, że cały czas tkwi w związku z kimś tak totalnie beznadziejnym jak Ron Weasley z tego spektaklu. I chyba jedynie walki czarodziejów z użyciem różdżek, które tak ewidentnie nawiązują do dynamicznych walk na miecze świetlne z Gwiezdnych Wojen, że aż mózg boli, są bardziej żenujące od tego rudego bezmózga.

Na samym początku książki znajduje się ostrzeżenie, że nie wolno tego tekstu nigdzie wystawiać – czy to w całości, czy w części. To ostrzeżenie jest tam chyba tylko dla zwiększenia komizmu, bo nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie chciał wystawić. To nie ma nic wspólnego z Potterowym uniwersum. Nawet na dobrą literaturę sci-fi się nie nadaje. To jest tak wielki gniot bez jakiejkolwiek nawet próby zachowania ciągłości logiczno-fabularnej, że jest mi po prostu przykro. Przykro, bo sprofanowano moje wspomnienia z dzieciństwa. Przykro, bo nekrofilski wybryk zbezcześcił piękne dziedzictwo ery Pottera. Przykro w końcu i dlatego, że zmarnowałem swój czas, czytając to coś. Jeśli lubicie podróże w czasie, Doktor Who czeka. A od magii znajdziecie lepsze książki. Bo od nowego Pottera zajeżdża już, niestety, tylko kuglarskimi sztuczkami.


J. K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne
Harry Potter i przeklęte dziecko
Miejsce i rok wydania: Poznań, 2016
Wydawnictwo: Media Rodzina
Okładka: miękka
Stron: 368

Tomasz Jakut

W niektórych kręgach znany bardziej jako Comandeer. Nadmiernie owłosione indywiduum zajmujące się dwiema całkowicie sprzecznymi ze sobą dziedzinami życia, jakimi są pisanie i programowanie. Przez jednych wyklinany jako zbytni konserwatysta w sprawach czystości kodu, przez drugich wskazywany jako przykład nieustannego narzekania przy pomocy pióra. Wiecznie niezadowolony i gotowy do krytykowania wszystkiego, co można skrytykować. Nic zatem dziwnego, że w Magnifier przypadła mu rola korektora…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Soanvig

Kocham Twoje wpisy <3