Sacrum Profanum 2015 – przeżyj muzykę.

Adrian Bryniak
Sacrum Profanum 2015 – przeżyj muzykę.

13. Festiwal Sacrum Profanum zakończył się 19 września. Można powiedzieć, że kurz już zdążył opaść, więc jest to odpowiedni czas na podsumowanie tego wydarzenia „na chłodno”. Sacrum Profanum miało opinię „jednego z najciekawszych wydarzeń muzycznych Europy”, wobec tego miałem nadzieję na udane dni z Bryce’m Dessnerem, Richardem Reedem Parry’m, The Chopin Project, Johannem Johannsonem i towarzyszącym im artystom. Stwierdzenie, że całość wypadła dobrze byłoby znacznym niedomówieniem. Potwierdzają to opinie zgromadzonej publiczności, która często nagradzała artystów owacjami na stojąco. Niektórzy tylko słuchają muzyki. Artyści podczas Sacrum Profanum pokazali, że istnieją dzieła i twórcy, którzy sprawiają, że muzykę można także przeżywać.

#1

źródło: wandzelphoto.com

Niestety, nie miałem okazji zobaczyć trzech koncertów: These New Puritans (koncert otwierający show), czwartkowego A John Cage Celebration oraz finalnego występu Kate Moore (w sposób szczególny żałuję czwartkowego występu, #kaktus) ale mleko już się rozlało i wylewanie łez jest bezcelowe. Poniedziałek był dniem Bryce’a Dessnera. Na co dzień lider grupy The National, z zamiłowania twórca muzyki współczesnej, który zgromadził sporą publiczność, w tym sympatyków zespołu. Dessner zagrał cztery utwory. Pierwszym było stosunkowo krótkie, gitarowe preludium, brzmiące raczej jak intro albumowe podsycone psychodelią: średnio-zaawansowane, ale przyjemnie nastrojowe. Następnie na scenę wjechał zespół So Percussion, którego występ był bodaj najciekawszym wykonaniem tego wieczoru. Walka pomiędzy wyciszeniem a muzycznym obłędem w utworze Music for Wood and Strings w wykonaniu kwartetu mogła szczególnie podobać się poszukiwaczom nowoczesnych, ekscentrycznych melodii, bowiem utwór wykonywany był na chordsticks. Gdzie w tym Bryce Dessner? Otóż jest on twórcą tego łączącego gitarę elektryczną i cymbały instrumentu. Po przerwie usłyszeliśmy dwa utwory w wykonaniu Sinfonietty Cracovia pod dyrekcją Andre de Riddera gdzie oczywiście dowodziła muzyka klasyczna i współczesna. Pierwszy to kompozycja Bryce’a – Lachrimae, zaś drugi to St. Carolyn by the Sea, w którym wystąpili także bracia Dessner – Bryce i Aaron, grając na gitarach elektrycznych. Cały występ Dessnera można określić jako „klasyczne Sacrum Profanum” – gwiazda rocka za dnia, która pod osłoną nocy próbuje swoich sił w muzyce klasycznej i to z jakim powodzeniem. Takie występy gwarantują niebanalny poziom emocji.

 

Następnego dnia na scenie zagościł Richard Reed Parry, więc można było odnieść małe deja vu – Parry to członek znanego Indie rockowego zespołu Arcade Fire. Jego występ wyróżniał się jednak jedną konkretną rzeczą: muzyk wydał niedawno album pt. Music for Heart and Breath i w trakcie festiwalu miał on zagrać cały album. Jednak w noc przed występem, Parry postanowił zmienić setlist koncertu (policzek dla mnie, gdyż chcąc przygotować się do tego koncertu przesłuchałem ten album). Do tego artysta pokazał, że tytuł jego projektu można także brać dosłownie: podczas koncertu muzycy towarzyszący Parry’emu (niemiecka formacja stargaze) byli podpięci do … stetoskopów, tak aby mogli słyszeć swoje bicie serca i grać w jego rytmie. Bardzo innowacyjne, może nieco mniej efektywne, lecz niezwykle efektowne. Sam występ to spacer po cichym parku – Parry oszczędzał instrumenty, ale przy tym jednocześnie nie odpuszczał muzykom, zmuszając ich do maksymalnego skupienia. Dodatkowo pokazał, że najpiękniejszym rytmem jaki możemy sobie wyobrazić to rytm pracy organizmu ludzkiego. Wielkie brawa.

źródło: wandzelphoto.com

źródło: wandzelphoto.com

Środowy koncert to coś co trudno ubrać w słowa. Jeśli ktoś szukał okazji na przeżycie czegoś  muzycznie specjalnego i niepowtarzalnego to powinien wybrać The Chopin Project. Przed samym festiwalem postawiłbym, że będzie to „jeden z wielu” koncertów, wypełniony hołdem dla największego polskiego kompozytora pod bardzo przeciętną nazwą. Cóż, nazwa wciąż pozostawia wiele do życzenia, ale to co na scenie pokazali Olafur Arnalds i Alice Sara Ott można określić prostym terminem – magia. Pianino, fortepian, utwory Chopina oraz autorskie kompozycje ww. dwójki, szczypta elektroniki a nawet udział publiczności w jednym z utworów oraz … alkohol na scenie. To wszystko w połączeniu ze świetną chemią między samymi muzykami, niezwykłą charyzmą głównych artystów, świetnym kontaktem z publicznością oraz niepowtarzalnym zakończeniem – po części głównej Olafur i Alice zdecydowali się na encore, grając dwa utwory (Walc A Minor, Chopina oraz A Song for Grandmother, Arnaldsa).

źródło: wandzelphoto.com

źródło: wandzelphoto.com

Po ostatniej nucie ostatniego utworu na sali wypełnionej tłumem zapadła głucha cisza. The Chopin Project to wydarzenie niezapomniane, spektakularne. Podobnie jak twórczość Fryderyka Chopina, koncert był emocjonalnym apogeum pięknym w swej prostocie. Celem takich projektów powinno być przede wszystkim zachęcenie szerszej publiczności do słuchania wielkich twórców zeszłych wieków. The Chopin Project to duet, który poleciłbym jako pierwszy.

 

Po muzycznym sacrum w środę przyszedł czas na piątek – Johann Johannsson i jego Dronowa Msza. Kolejna niezwykła chwila w tegorocznej edycji Sacrum Profanum. Brawurowe połączenie klasycznych instrumentów oraz ambientowej elektroniki. Przyniosło to efekt w postaci świetnych 80 minut z muzyką, którą można określić jako wszechpotężną maszynę, niszczącą wszystkie inne dźwięki, zupełnie jak drony, które, jak przyznał Johannsson „towarzyszą mu od początku jego styczności z muzyką”. Drone Mass był nieco trudniejszym koncertem od pozostałych – cyfrowy noise, dramatyczny śpiew chóru Theatre of Voices i dronowe partie smyczkowe połączone dodatkowo w całość kolosalnych rozmiarów. Johannsson został doceniony przez publiczność licznymi owacjami na stojąco. Było to sacrum w profanum – coś bardzo ludzkiego a jednocześnie coś co mogło wprowadzić umysł człowieka w stan niebytu. Przeciwnie do The Chopin Project, Drone Mass to coś co można słuchać częściej z podobnym wkładem emocjonalnym za każdym kolejnym razem. Jednak po dwóch ostatnich występach można wysnuć prosty wniosek – Islandia zna się na muzyce współczesnej. Zupełnie tak jak organizatorzy Festiwalu. Niezwykły dobór artystów, niepowtarzalne występy, niezapomniane chwile. Sacrum Profanum to nie słuchanie muzyki – to jej przeżywanie.

źródło: wandzelphoto.com

źródło: wandzelphoto.com

Sacrum Profanum z roku na rok się starzeje, ale nigdy nie wiadomo jakie ono będzie w danej chwili. Jest to festiwal, łączący ze sobą rzeczy, których połączenie wydaje się nieludzkie: przeszłość i przyszłość, wczoraj i jutro, smutek i radość, ciszę i hałas. Łączy ze sobą muzykę lat minionych z muzyką czasów obecnych, Łączy wszystko i nic. Łączy sacrum i profanum.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Myślnik - Myślnik, Myślnik. - MAGNIFIER

[…] so). Następnie zjadłem swoje płatki śniadaniowe i słuchałem Richarda Reeda Parry’ego (tutaj odnośnik do recenzji jego koncertu podczas festiwalu Sacrum Profanum). Później, wraz z […]