Sensacyjna sensacja manifestem?

Tomasz Jakut
Sensacyjna sensacja manifestem?

I znów sięgnąłem po książkę z mojej domowej biblioteczki (spokojnie, mam jeszcze jakieś 300 egzemplarzy na niej). Tym razem sięgnąłem po książkę Alistaira MacLeana, mistrza prozy sensacyjnej, Ostatnia granica.

Kiedy sięga się po książkę sensacyjną, oczekuje się dużej dawki suspensu, akcji i mrożących krew w żyłach opisów nadludzkich osiągnięć bohaterów. Do tego warto dodać jakiś bardzo zły czarny charakter, którego zło jest tak bezsensowne i tak… złe, że od pierwszej do ostatniej strony pragniemy z całego serca, żeby ten skurczybyk w końcu wyzionął ducha. No i musi być jeszcze nieskazitelny, szlachetny bohater, którego powoduje do działania miłość do całego świata i chęć niesienia kaganka pokoju ludzkości. Kiedy jednak sięga po książkę mistrza gatunku, to pierwsze, czego można się spodziewać, to złamania schematów. I nie, nie jest to książka sensacyjna, w której się nic nie dzieje. Bynajmniej. Już pierwsze strony rzucają nas w sam środek akcji, w której główny bohater o mało nie ginie rozszarpany przez agresywne dobermany. Niemniej nie jest on ani nieskazitelny, ani nie jest bohaterem. To raczej maszyna, wyprodukowana przez system szkoleniowy brytyjskiego wywiadu, który wyprała Reynoldsa (bo tak się zwie główny bohater) ze śladów wszelkich uczuć, a w umysł wtłoczył tylko jedną myśl: wykonać zadanie. I tę maszynę musi uratować… podwójny agent infiltrujący węgierską służbę bezpieczeństwa (no bo przecież książka sensacyjna musi dziać się za Żelazną Kurtyną – tym razem na Węgrzech – w najbardziej chłodnych latach zimnej wojny).

Zadanie naszego bohatera jest proste: przy użyciu wszelkich dostępnych środków ma zlokalizować profesora Jenningsa, który przyjechał z ZSRR na konferencję naukową, i zabrać go z powrotem do kraju. W tym celu Reynolds posługuje się zarówno nowo poznanymi przyjaciółmi – infiltratorem, który okazuje się uciekinierem z Polski o niezwykle polsko brzmiącym imieniu Wołodia, Sandorem, mocarzem nad mocarzami, Janscim, szefem, skrywającym ponure tajemnice z przeszłości, oraz Julią, córką szefa – jak i okrutnymi kłamstwami. Dla Reynoldsa nie liczy się nic, oprócz wykonania zadania, nawet jeśli pociągałoby to śmierć kilku czy kilkudziesięciu osób…

I na tym kończyłaby się prawdziwa książka sensacyjna. Ale MacLean idzie dalej, opisuje potworności, jakich nie powstydziliby się oprawcy z żadnego totalitarnego państwa. I w środku tego wszystkiego umieszcza Jansciego, człowieka, który w życiu przeżył wszelki rodzaj cierpienia i zamiast nienawidzić, zaczął kochać. Głos Jansciego słychać przez całą książkę i powtarza zawsze to samo: wszyscy ludzie są tacy sami i czynią zło ze strachu. I nawet taka maszyna jak Reynolds zaczyna w końcu zastanawiać się, czy aby na pewno jego zadanie jest warte ponoszonych ofiar… i czy aby cały Zachód nie myli się co do Rosji. Aż w końcu musi zadecydować, czy przekroczyć ostatnią granicę, o jakiej mówi Jansci: granicę człowieczeństwa…

Książka sensacyjna? Bynajmniej. To wspaniały manifest na rzecz pokoju. Manifest – o ironio! – skąpany we krwi.


Alistair MacLean
Ostatnia granica
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 1991
Wydawnictwo: „GiG” R. Ginalski i S-ka
Okładka: miękka
Stron: 305

Tomasz Jakut

W niektórych kręgach znany bardziej jako Comandeer. Nadmiernie owłosione indywiduum zajmujące się dwiema całkowicie sprzecznymi ze sobą dziedzinami życia, jakimi są pisanie i programowanie. Przez jednych wyklinany jako zbytni konserwatysta w sprawach czystości kodu, przez drugich wskazywany jako przykład nieustannego narzekania przy pomocy pióra. Wiecznie niezadowolony i gotowy do krytykowania wszystkiego, co można skrytykować. Nic zatem dziwnego, że w Magnifier przypadła mu rola korektora…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy