Sięgając chmur, sięgając marzeń

Elżbieta Mitko
Sięgając chmur, sięgając marzeń

Trailer do filmu The Walk. Siegając chmur zobaczyłam po raz pierwszy całkowicie przypadkowo, w kinie przed zupełnie innym seansem, na który się wybrałam. Moja pierwsza myśl? „O! Joseph Gordon-Levitt!” Druga? „Zaraz… gdzieś słyszałam o tej historii”. Trzecia? „Muszę zobaczyć ten film”.

Tak też się stało. Kilka tygodni później znowu zasiadłam na sali kinowej, tym razem już z zamiarem obejrzenia -The Walk.

The walk sięgając chmurTrochę więc o samym filmie. Akcja The Walk. Sięgając chmur toczy się w latach 70. XX wieku i opowiada prawdziwą historię francuskiego ulicznego artysty Phillipe’a Petita (w tej roli Joseph Gordon-Levitt), który w dzieciństwie zafascynowany cyrkowymi linoskoczkami, postanawia sam stać się jednym z nich. Phillipe nie jest jednak cyrkowcem. Wybiera on wolne życie ulicznego artysty i w ten sposób zarabia na swoje utrzymanie. Młody Francuz patrzy na świat jak na swoją scenę, nieustannie szukając wyjątkowych miejsc, w których mógłby rozwiesić swoja linę i przejść po niej nie tylko ku uciesze swojej własnej, ale także przypadkowych widzów. Oczywiście, większość z jego „występów” jest kompletnie nielegalna, dlatego Philippe niejednokrotnie kończy swoją przygodę za kratkami. Pewnego dnia linoskoczek znajduje w gazecie artykuł dotyczący ukończenia budowy bliźniaczych wież World Trade Center w Nowym Jorku. Zafascynowany najwyższymi budowlami na świecie, postanawia za swój życiowy cel obrać przejście po linie rozpiętej między wieżą północną i południową. Cały film opowiada historię tego wielkiego przedsięwzięcia, jakim okazało się spełnienie marzenia Phillipe’a i prowadzi do pełnej emocji kulminacji, czyli tego, na co czekamy najbardziej- legendarnego przejścia nad czterystumetrową przepaścią.

Trzeba zaznaczyć, że film The Walk wzorowany jest oryginalnym filmie dokumentalnym zatytułowanym Człowiek na linie, w którym to Phillipe Petit osobiście opowiada swoją historię. Oczywiście Człowieka na linie i The Walk nie możemy tak naprawdę porównywać, widać jednak, że Robert Zemeckis – reżyser The Walk – swoje inspiracje czerpie z oryginalnego dokumentu.

Jedną z takich inspiracji jest sam fakt, że w obu filmach Phillipe sam opowiada swoją historię. Mimo tego, iż potrafię zrozumieć chęć nawiązania do oryginału, nie jestem zwolenniczką tego typu narracji w filmach, dlatego uważam to za jeden z minusów tej produkcji. Moim zdaniem czas poświęcony na kadry przedstawiające Phillipe’a stojącego na Statui Wolności (!!!) i opowiadającego swoją historię można było wykorzystać dużo ciekawiej. Uważam, że narracja sprawiła, że film jest odrobinę przegadany.

Co do plusów natomiast, za jeden z nich uważam sama grę aktorską Josepha Gordona-Levitta. Od samego początku filmu można zobaczyć, że aktor w przygotowania do tej roli musiał włożyć dużo energii. Podejrzewam, że samo nauczenie się francuskiego akcentu było dla niego nie lada wyzwaniem. Czytałam opinie, że postać Phillipe’a została w tym filmie nienaturalnie przerysowana. Cóż, muszę się z tą opinią nie zgodzić. Może gdyby była to historia współczesnego Francuza, ta krytyka byłaby konstruktywna, ja jednak Francuza z lat 70. wyobrażam sobie właśnie w taki sposób, w jaki sportretował go odtwórca głównej roli.

Duże wrażenie na widzach robią też same zdjęcia ze szczytu World Trade Center. Niestety, nie miałam okazji zobaczyć filmu w technologii 3D, ale czytałam opinie, że wrażenia są niezapomniane, a widoki ze szczytu wież potrafią wywołać mdłości i zawroty głowy. Muszę przyznać, że nawet przy starym, dobrym 2D otwiera się usta ze zdumienia na widok odległości, jaka dzieli człowieka stojącego na jednym z bliźniaków od ziemi.

Jako podsumowanie powiem tylko, że ani siedząc w kinie, ani zaraz po wyjściu z niego, ani nawet teraz, kilka dni po pooglądaniu filmu, nie żałowałam pieniędzy wydanych na bilet. Tą historię oglądało się po prostu przyjemnie, z zainteresowaniem i z uśmiechem na twarzy, a zdecydowanie najlepsze jest w niej to, że zdarzyła się ona naprawdę.

Na koniec poruszę kwestię zakończenia filmu, które wywołało mieszane uczucia wśród widzów i krytyków. Jedni uważali je za kiczowate, inni za łapiące za serce, jeszcze inni nie widzieli w nim nic szczególnego.

Cóż, mnie się podobało. Owszem, wielu pewnie stwierdziło, że było typowo hollywoodzkie i po prostu amerykańskie, ale dla mnie właśnie do tej produkcji pasowało idealnie. Przez cały czas trwania filmu odczuwałam chwile nostalgii, w których myślałam sobie, że dziś, kiedy oglądamy ten film, bliźniaczych wież już nie ma. W pewnym momencie, gdzieś pod koniec historii, jedna z bohaterek mówi do Philipe’a, że dzięki jego wyczynowi, dzięki temu co zrobił, podarował on duszę wieżom World Trade Center i sprawił, że Nowojorczycy pokochali je całym sercem. W sposób szczególny myśli się o tej wypowiedzi, oglądając ostatnią scenę filmu. Philipe opowiada, że po swoim wyczynie otrzymał przepustkę z pozwoleniem na wstęp na dach obu wież ze skreśloną datą wygaśnięcia i dopisanymi ręcznie słowami „NA ZAWSZE”. Słowa Phillipe’a, niczym gorąca kawa z mlekiem, pozostawiają po sobie słodko-gorzki posmak, kiedy w ostatnim kadrze widzimy dwie wieże i nie możemy oprzeć się wrażeniu, ze już za moment zobaczymy wbijające się w nie dwa samoloty. Tak się jednak nie dzieje. Bliźniaki World Trade Center znikają jednak z naszych oczu w gęstej, białej mgle.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy