Więźniowie wspomnień

Grzegorz Stokłosa
Więźniowie wspomnień

Wraz z nowym rokiem do kin trafia wiele nowych tytułów. Wśród nich – Assassin’s Creed, kolejna próba adaptacji gry komputerowej. Niestety, dotychczas wszelkie próby przeniesienia na wielki ekran opowieści z gier video kończyła się raczej fiaskiem. W ubiegłym roku Warcraft spisał się nad wyraz dobrze, choć nadal historia była mocno niedopracowana, wręcz banalna. Czy Justin Kurzel zdołał przełamać tabu?

Przyznaję – czekałem na ten film. Jednak czekałem również na kilkadziesiąt innych tytułów w ostatnich dwóch latach, więc do kina szedłem pełen obaw i sceptycyzmu. Bo nie ma co ukrywać – mogło się nie udać wszystko. Jednak obsada dawała przynajmniej cień szansy na sukces. Oscarowe nazwiska Irons, Cotillard – to się mogło udać. I odtwórca głównej roli, Michael Fassbender – niezwykle modny aktor w ostatnim czasie. Czy to wystarczyło by mnie przekonać do wydania pieniędzy na bilet? Nie.

Jestem fanem serii o Asasynach, produkcji Ubisoftu i tak czy siak udałbym się na ów seans. Czy finalnie się zawiodłem? Spodziewałem się rozpoczęcia adaptacyjnego tasiemca. Corocznego odtwarzania historii znanych z poszczególnych epizodów gier. Sporym zaskoczeniem była dla mnie zupełnie nowa opowieść osadzona w realiach gry. I już to był wielki plus. Bo każda historia Assassin’s Creed jest na swój sposób nowatorska, nawet gdy mechanika nie wprowadza niczego nowego. I właśnie w ten sposób docieramy do największego uroku filmu – jest on zaskoczeniem nawet dla fanów serii, którzy poznali już całą fabułę gry.

Choć lokacji przedstawionych w filmie nie ma zbyt wiele, twórcom i tak udało się w całkiem ładny sposób posłużyć efektami. Oczywiście, skłamałbym mówiąc, że sceny pościgów w zamierzchłych czasach nie mogły być przedstawione w bardziej okazały sposób, ale… Z drugiej strony dotarliśmy do etapu gdy twórcy lubią przesadzić skrajnie drugą stronę z efektami specjalnymi. W tym układzie zdecydowanie Assassin’s Creed wybrnął z sytuacji. Również sceny w czasach współczesnych, przedstawione technologie, choć nieco odbiegają od tego, co dane było nam zobaczyć w grach, robią wrażenie i pozwalają zrozumieć, co tak naprawdę ma miejsce w filmie.

Assassin’s Creed nie okazał się jednak produkcją, która pozwoliłaby aktorom wykazać się swoim kunsztem. Ograniczone dialogi, większość scen to bieganie po dachach, lub sceny walki. Ale to jest właśnie świat Altaira, Ezio i całej reszty Bractwa Asasynów. Raczej nikt z fanów nie spodziewał się niczego innego, co więcej, myślę, że wszyscy właśnie na to liczyli. Widowiskowe pościgi, skakanie po dachach, wspinaczki po budynkach i skok w stóg siana! I wszystko to się w nowej produkcji Kurzela znalazło.

Żeby jednak odnieść się w jakimś stopniu do kwestii aktorskiej – Michael Fassbender pasuje mi do roli Asasyna. Myślę, że dobrze się w niej odnalazł. Wysoki, postawny, choć nie przesadnie, o ostrych rysach twarzy. Zdecydowanie lepiej, niż arcy sympatyczny Hitman (Timothy Olyphant). Co do pozostałych, Jeremy Irons to klasa sama w sobie, jednak i dla niego niewiele gry pozostało. Jednak największe brawa należą się Marion Cotillard. Mimika, wyraźnie targające nią dylematy – tu można mówić o prawdziwej grze i to na bardzo wysokim poziomie. Jeżeli miałbym wskazać największy wyraz kunsztu aktorskiego w tym filmie, Cotillard zgarnęłaby główną nagrodę.

Nie jest to film dla każdego. Fani serii z pewnością się nie zawiodą, jednak dla osób, które w grę nie grały, film może okazać się nieco niezrozumiały. Jednak nie jest to zjawisko konieczne. Assassin’s Creed to lekki, dość zakręcony film, pełen akcji, o niezwykłym klimacie. Śmiało mogę stwierdzić, że liczę na kolejne części, wierząc, że okażą się jeszcze lepsze od pierwszego epizodu.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy