XX Przystanek Woodstock z perspektywy Mundka

Mundek Koterba
XX Przystanek Woodstock z perspektywy Mundka

XX PRZYSTANEK WOODSTOCK Z PERSPEKTYWY MUNDKA, CZYLI CO TO JEST GONZO?

W Internecie, w pierwszej połowie sierpnia każdego roku, na różnych blogach i portalach, przybywa wpisów zatytułowanych mniej więcej podobnie. Oto kilka z nich: „Przystanek Woodstock z mojej perspektywy”, „Woodstock z perspektywy kierowcy”, „Katolik na Przystanku Woodstock”, czy „Po prostu Woodstock”. Stąd można stwierdzić, że z Woodstockiem jest jak z romantyzmem: „Ilu woodstockowiczów, tyle Woodstocków”. Najodważniejsze i zarazem najbardziej krytyczne teksty piszą ci, którzy nigdy na tym festiwalu nie byli. I to właśnie jest, proszę państwa, prawdziwe gonzo journalism.
Moja próba jakże subiektywnego podejścia do tematu niewiele ma wspólnego z prawdziwym gonzo. Już pierwszy warunek został złamany – w dniach od 30 lipca do 3 sierpnia bieżącego roku przebywałem na wyżej wspomnianym festiwalu odbywającym się w Kostrzynie nad Odrą i – tu złamany został drugi warunek gonzo-dziennikarstwa – nie brałem na nim narkotyków.

POCIĄG
Do Kostrzyna przyjechaliśmy 30 lipca nad ranem, po całonocnej jeździe pociągiem. Nasi wspaniali przyjaciele woodstockowicze poznani w przedziale, wielka woodstockowa rodzina jaka zawiązała się specjalnie na tę okazję, zachowywała się momentami jak małpki wypuszczone z klatki. Z tym że miast bananami, rzucali butelkami po wódce (na szczęście nie po przedziałach tylko za okno). Później z pociągów wylatywały śmieci, pety i wszystko co nie pasowało do ugrzecznionego wizerunku woodstockowej podróży. Najbardziej miłościwa dla Matki-Ziemi była liczna grupa naspidowanych pasażerów, która zachowywała się znacznie lepiej od pozostałych. Jej członkowie siedzieli posłusznie na miejscach i czekali na stację końcową. Niektórzy wytrwali tak nawet kilka godzin! Drgały im tylko od czasu do czasu powieki – jakby okazywali tym zniecierpliwienie.

LUDZIE
Nie chcę pisać dużo o atmosferze na festiwalu, o wspaniałych ludziach, których poznałem. Takich szablonowych hasełek w różnych artykułach i opowieściach ludzi jest mnóstwo. Nie jestem pompką do pompowania dziurawego balonika. Ludzie są różni w każdych okolicznościach. Nawet na „najpiękniejszym festiwalu świata” znajdą się szumowiny chodzące od namiotu do namiotu i kradnące rzeczy. Z nimi, na całe szczęście, nie miałem do czynienia. Za to mile wspominam dziewczynę, która pierwszego dnia poczęstowała nas arbuzem. Nazajutrz zostałem poczęstowany także ogórkiem. Kilkakrotnie proponowano mi piwo, dostałem też dwie pary okularów… Może jednak istnieje magia Woodstocku, a ludzie przez te kilka letnich dni – jak zwierzęta w przeddzień Bożego Narodzenia – mówią ludzkim głosem?

MUZYKA
Na Woodstock jeździ się z różnych powodów. Jednym z najistotniejszych jest z pewnością muzyka. Trzy sceny – kilkadziesiąt koncertów, niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Tegoroczny festiwal zaczął się od koncertu grupy T.Love. Jednak największe wrażenie tego dnia wywarł na mnie kaszubski zespół folkowo-klezmerski Bubliczki. Grający na Małej Scenie muzycy dysponowali niesamowitą energią, a w ich muzyce, oprócz klimatów żydowskich, można było usłyszeć także dźwięki prosto z Bałkanów. Całość zagrana bardzo profesjonalnie, a do tego świetny energiczny wokalista potrafiący rozruszać publiczność. Chyba nie było osoby, która stała bez ruchu podczas tego koncertu. Naprawdę polecam posłuchać Bubliczek!
Również pierwszego dnia, a właściwie pierwszej nocy festiwalu (było już po drugiej) w namiocie Akademii Sztuk Przepięknych wystąpił zespół Pink Freud, który pokazał jak współcześnie grać jazz. Rzecz niesamowita – doprawiona gościnnym występem Spiętego, Denata i Dimona z Lao Che – którzy zarapowali piosenkę z repertuaru swojego wcześniejszego zespołu Koli. A zaraz po Pink Freud – Wojtek Pawlik Trio. To była prawdziwa Woodstockowa Noc Jazzu!
Drugiego dnia zdarłem gardło na moim ulubionym zespole Lao Che. Z racji okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, muzycy zagrali trzy utwory z płyty traktującej o tym wydarzeniu: Barykadę (moja ulubiona piosenka z tej płyty!), oczywiście Stare Miasto i na bis Hitlerowców. Zaprezentowali też kilka nowych kawałków. Czyżby szykowali 6 płytę? Po nich na scenę wyszła formacja Acid Drinkers i zagrała set składający się z coverów nagranych na płytach Fischdick i Fischdick Zwei. Hit the road Jack, New York, New York, czy Love Shack w ciężkich Kwasożłopowych aranżacjach? Czemu nie. Długą koncertową noc zakończył występ Kapeli ze Wsi Warszawa wraz z galicyjską piosenkarką i instrumentalistką Mercedes Peón.
Dzień trzeci miał dla mnie tylko jedną, ale za to bardzo wyraźną, gwiazdę. Był nim francuski wykonawca Manu Chao z projektem La Ventura. To specjalnie dla niego przyjechało do Kostrzyna mnóstwo Francuzów. Dzięki nim Woodstock stał się miejscem bardziej wielokulturowym niż dotychczas (nie tylko Niemcy, którzy mają najbliżej i Polacy z Anglii). A sam koncert pełen energii… i ciekawe wizualizacje pojawiające się w trakcie występu na dwóch dużych telebimach.
Tego dnia z dobrej strony pokazał się też zespół Piersi grając – oprócz hitu ostatniego lata Bałkanicy – również stare kawałki, tworzone przez wiele lat wraz z byłym już wokalistą Pawłem Kukizem. Dobrze zagrał też Jelonek wspomagany przez Orkiestrę Filharmonii Gorzowskiej. Dzięki temu koncertowi na scenie tego wielkiego muzycznego festiwalu mogła zaistnieć – w nieco ekstrawaganckiej wersji – muzyka klasyczna.
Kto rozczarował? Na pewno Budka Suflera. Ich ostatni, a zarazem jubileuszowy koncert (40 lat działalności) można było przestać. Za mało energii, za mało hitów, z których są znani, a może po prostu nie jest to zespół na tego typu festiwal? Również zamykająca tegoroczny Przystanek Woodstock, niemiecka formacja The Bossnoss, nie mogła się równać chociażby z ubiegłorocznym występem finałowym macedońskiego wykonawcy muzyki elektronicznej Kirila Džajkovskiego. Choć i wtedy byli niezadowoleni weterani Woodstocku, narzekający na „duby” i robienie z festiwalu „dyskoteki”. A jednak Džajkovski porwał wtedy ogromną publiczność. Niemieccy wykonawcy muzyki country nie zatrzymali mnie długo pod sceną, pod którą zresztą nie było już wtedy wielkich tłumów. Może ostatnie pokłady energii wyssał z publiczność koncert Manu Chao?
AKADEMIA SZTUK PRZEPIĘKNYCH
Najbardziej intelektualne i najwartościowsze spotkanie z prof. Magdaleną Środą. Mówiła dużo o tolerancji, edukacji, współczesności i historii naszego kraju. Zdecydowanie wyróżniała się na tle co prawda zabawnych, ale momentami pustych rozmów z Bogusławem Lindą, czy Michałem Żebrowskim i aktorami z jego prywatnego Teatru 6. piętro. Wielka szkoda, że więcej osób na spotkaniach w ASP pojawia się wtedy, gdy na scenie są telewizyjni celebryci (np. tłumy na ubiegłorocznym spotkaniu z Kubusiem Wojewódzkim) niż w momencie gdy zajmują ją intelektualiści i intelektualistki. Rozczarował też ksiądz Wojciech Lemański. Wbrew temu co mówią media, nie był ani trochę kontrowersyjny, czego – jako orędownik kontrowersji – oczekiwałem. Powiedział o kościele dokładnie to, co widać gołym okiem. A gdyby np. pochwalił biskupa Hosera – to dopiero byłaby niespodzianka!
W drodze do ASP można było podziwiać m.in. wystawę zdjęć ze zmarłym w ubiegłym roku pisarzem Sławomirem Mrożkiem.
PRAWDA O WOODSTOCKU
Ze scen XX Przystanku Woodstock płynęło dużo pozytywnej muzycznej energii oraz padało wiele ważnych słów. Wokalista Zmazy przestrzegał przed ćpaniem, podobnie – kilkakrotnie – wyrażał się Jurek Owsiak wzywając nawet do denuncjacji sprzedających narkotyki na woodstockowym polu dilerów. Był też – o ile dobrze pamiętam – niecenzuralny diss na Władimira Putina, oczywiście autorstwa pierwszego konferansjera Przystanku Woodstock. Uczczona została także 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.
Społeczność Przystanku Woodstock budują też barwni, pokojowi, sprzedający obrzydliwe jedzenie, ale za to organizujący zabawnie wyglądający pochód z kolorowym wozem i mantrą Krysznowcy. Obecne były także liczne stowarzyszenia, w tym stowarzyszenie Nigdy Więcej, promujące tolerancję i walczące z wszelakimi przejawami rasizmu. Obok straganów z koszulkami, tatuażami, płytami i wisiorkami, był m.in. punkt Poczty Polskiej i wielu innych organizacji. Pokojowa wioska Przystanku Jezus była tym razem położona na uboczu i co dało się odczuć pomijana przy prezentacji środowisk tworzących atmosferę festiwalu przez Jurka Owsiaka. Sami ewangelizujący księża, towarzyszące im siostry i młodzi pomocnicy – to jednak wcale nierzadki widok na woodstockowych ścieżkach i rozstajach. Odnosiłem wrażenie – i jest to opinia zbudowana jeszcze w tamtym roku przy okazji bezpośredniego kontaktu z jednym z takich kapłanów, że ewangelizujący księża zachowują się trochę tak jakby naprawdę uważali, że znaczna większość pijących piwo (nie tylko pijących i nie tylko piwo) osób na festiwalu to zagubieni młodzi ludzie wsadzeni w szpony tzw. cywilizacji śmierci i przesiąknięci atmosferą hedonizmu, która święci na Woodstocku triumf. Ja widzę to nieco inaczej. Dla mnie raczej to atmosfera wolności młodych ludzi (często wolności bezmyślnej) spuszczonych z patriarchalnego łańcucha codzienności. Ale ja tym razem nie aspirowałem do miana ewangelizatora, choć rola to niewątpliwie kusząca.
W myśl porzekadła „Każdy inny wszyscy równi” można powiedzieć, że nie ma prawdy o Woodstocku. Wszystko zależy od tego, czy chcemy obraz tego festiwalu wyidealizować czy – wręcz przeciwnie – konsekwentnie demonizować. Jedno jest warte zaznaczenia. Przystanek Woodstock to jedyny duży, a zarazem bezpłatny festiwal w Polsce. Między innymi stąd bierze się jego popularność. Na Open’er Fesitval bilety w tym roku kosztowały nawet kilkaset złotych. Nie ma zatem wątpliwości, że stać na nie przede wszystkim „beneficjentów systemu”. Oferta muzyczna – choć może jakościowo lepsza na Open’erze – na Woodstocku, mimo głosów coraz bardziej krytycznych, nadal trzyma poziom dużych festiwali. A jeśli dodać do tego zmianę powietrza, wolność od zatłoczonych miast i utrudniających życie i pracę przełożonych, to naprawdę zaczyna być to bardzo atrakcyjna oferta wakacyjna dla wielu ludzi. I nawet jeśli – jak to widzą niektórzy sprawozdawcy – na Woodstocku obecny jest brud, ruja i moralny pomór – to przecież można te wszystkie niedogodności potraktować jako coś w rodzaju survivalu.
A co do gonzo journalism to można powiedzieć właśnie, że jest to taki dziennikarski survival. Dla zainteresowanych polecam książkę Huntera S. Thompsona Lęk i odraza w Las Vegas.

[nggallery id=6]

Komentarze

Brak komentarzy