You are my sunshine, my only sunshine

Mateusz Tkaczyk
You are my sunshine, my only sunshine

Nie lubię oglądać horrorów, jednak z jakiegoś niewyjaśnionego powodu postanowiłem pójść do kina na Annabelle: Narodziny zła (Annabelle: Creation, 2017). Od razu powiem, że nie jest to film dla widzów o słabych nerwach. Ale zacznijmy od początku. Film ten pokazuje historię kilku dziewcząt, które, wraz z opiekującą się nimi siostrą, przeprowadzają się do nowego sierocińca. Początkowo może nam się wydawać, że film będzie opowiadał o trudnościach, z jakimi borykają się dzieci w domu dziecka i jak ciężko znaleźć im rodzinę. Jednakże już w pierwszych minutach dzieło sprowadza nas na ziemię i mówi, że nie przyszliśmy tutaj rozważać problemów sierot, ale po to, aby się bać.

Annabelle: Narodziny zła daje zaczyn do historii, które zostały opowiedziane później. Oczywiście w filmie pojawia się charakterystyczna lalka, którą widzieliśmy na ekranie w innych filmach takich jak: Annabelle (Annabelle, 2014) lub Obecność (The Conjuring, 2013). W zasadzie film jest prequelem tych filmów, pokazującym, jak to się stało, że ta zwykła lalka stała się przedmiotem tylu mrożących krew w żyłach wydarzeń. Utwór umiejętnie nas straszy, powoli buduje napięcie, ale jest zdecydowanie bardziej intensywny niż Obecność 2 (The Conjuring 2, 2016), w której to momentów bezpiecznych od strachu było zdecydowanie więcej. W Narodzinach zła nawet z nadejściem dnia nie możemy być spokojni. W filmie doskonale wykorzystano tradycyjne straszaki, które wyskakują zza rogu, a my boimy się tylko dlatego, że się tego po prostu nie spodziewaliśmy. Reżyser umiejętnie manipuluje kamerą tak, aby w pewnych momentach oddać skupienie na jakiejś czynności jednej z bohaterek. Muzyka przycicha, a kamera robi najazd, koncentrując się na wybranym punkcie. I w tym momencie wiemy, że zaraz coś się stanie, jednakże reżyser trzyma nas w tym napięciu do ostatniej możliwej chwili, by potem gwałtownie je rozładować. Robi to w bardzo zaskakujący sposób, bo czasem zamiast demona straszy nas jedna z osieroconych dziewcząt, która po prostu wchodzi do pokoju, zadając jakieś pytanie. Mimo tego, że dzięki zastosowanym zabiegom, widz wie, co się zaraz wydarzy, nadejście tego momentu nie wywołuje u nas reakcji: przecież tego się spodziewaliśmy, zero zaskoczenia. Myślimy raczej o tym, kiedy to się skończy, kiedy reżyser da nam odetchnąć. David F. Sandberg umiejętnie gra z naszymi lękami, nie koncentruje się tylko na jednej postaci. W zasadzie główną sprawczynię zła dostrzegamy na dość późnym etapie filmu. Sandberg nawiązuje do tego, czego baliśmy się w dzieciństwie. Dom jest przepełniony mrokiem, szopa przepełniona niepokojąco wyglądającymi przedmiotami. To sprawia, że widz staje się przytłoczony, wszystko wydaje się większe i ciemniejsze. Bardzo dobrze zostajemy wprowadzeni w świat dziewczynek, które muszą się zmierzyć ze złem czyhającym w domu. Ten efekt zawdzięczamy także świetnej muzyce stworzonej przez Benjamina Wallfischa. W zasadzie sama muzyka jest w stanie nas przestraszyć, doskonale odzwierciedlała to, co dzieje się na ekranie. Buduje napięcie, cichnąc lub pogłaśniając się w odpowiednich momentach. Tak naprawdę jedynym poważnym zarzutem, który można postawić to fakt, że film jest zbyt intensywny. Akcja cały czas toczy się do przodu, cały czas straszy, od pierwszych do ostatnich minut. Nie ma czasu na bliższe poznanie postaci, w efekcie czego ocierają się one o stereotypy typowych nastolatek.

Nie spodziewajcie się po tym filmie porywających dialogów, ani akcji pełnej wybuchów. Mimo swojej intensywności Annabelle: Narodziny Zła to film kameralny, momentami klaustrofobiczny, aktorzy zagrali poprawnie, a te aspekty, za które docenilibyśmy inne gatunki, były zrobione na dobrym poziomie. Jednakże Narodziny Zła jedną rzecz robią fenomenalnie: straszą. Najlepszym tego dowodem jest to, że kiedy w trakcie seansu popatrzyłem na osobę, z którą poszedłem do kina, a o której myślałem, że takie filmy nie robią na niej większego wrażenia, to oglądała ona dużą część tego filmu przez szparę miedzy palcami. Widzom, którzy są na bieżąco z ostatnimi horrorami powiem jeszcze, że będą się dobrze bawić, ponieważ Sandberg umieścił parę ciekawych easter eggów. Na koniec dodam, że reżyser podszedł do tego filmu z pewnym dystansem. Nie dostaliśmy poważnej historii, tylko zgrabne opowiadanie, po którym nie będziemy mogli zasnąć…

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy