Zaśpiewajmy o miłości…

Grzegorz Stokłosa
Zaśpiewajmy o miłości…

Nie tak dawno, jeden z portali… „pseudoinformacyjnych”, opublikował news – kina wyciągnęły pomocną dłoń, chcąc uchronić grono widzów przed krępującą sytuacją, nie włączając świateł zaraz po zakończeniu La La Land, tym samym dając męskiej części czas na otarcie łez. W jakim stopniu ma to związek z rzeczywistością? Czy tegoroczny król Złotych Globów to faktyczny wyciskacz łez? Dzieło sztuki? A może napompowany przez media gniot, który „musi się zwrócić”? Ja się przekonałem.

Przyznaję, choć uwielbiam muzykę, choć wiem, jak wybitne mogą być musicale, rzadko sięgam do tego gatunku. Być może dlatego, że w ostatnich latach nie pojawia się ich aż tyle, a może wszechobecne kino akcji i superbohaterów przyćmiło wszystkie inne produkcje – zwyczajnie nie widać ich w tłumie herosów. Jednak La La Land mnie w pewien sposób zaintrygował. I znowu nie wiem dlaczego. Znowu nie wiem, jak uzasadnić ten wybór. Nowatorska historia? Pewnie, wszak nie było jeszcze filmu o młodej, ambitnej dziewczynie, która chce podbić świat. Nie była to również chęć ujrzenia Goslinga w duecie ze Stone, bo to się już zdarzyło. I nie jestem tak wielkim fanem tego aktora, bym koniecznie musiał ujrzeć jak śpiewa. Zatem, skoro nie umiem dotrzeć do pobudki, dla której udałem się na ten film do kina, skupię się na tym co otrzymałem.

La La Land to niezwykła mieszanka Grease, Deszczowej piosenki i Moulin Rouge! To naprawdę ładnie przedstawiona historia pełna miłości, żartu i rozczarowań. Opowieść o ogromnej chęci oddania się sztuce, o pasji, która zbliża ludzi, a także o pułapce, jaką może okazać się wielki świat. Mia, młoda pracowniczka kawiarni, ma marzenia. Chce w przyszłości stać się wielką gwiazdą kina. I chce by ta przyszłość nadeszła już! Niestety, kolejne przesłuchania przynoszą jedynie kolejne obietnice „odezwania się”. Niespodziewanie spotyka młodego muzyka, Sebastiana. Wszystko wydaje się magiczne, niespodziewanie los zaczyna się uśmiechać, lecz… Gdy sukces i kariera zaczyna gościć w ich życiu, zaczyna on wypychać uczucie i czas dla siebie nawzajem. Stają przed próbą, w której gra toczy się o nich samych.

Doprawdy nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy ten film zasłużył na tyle Złotych Globów. Mało tego, przykładem lat ubiegłych, jestem przekonany, że i Oscarów zbierze co nie miara. Jednak nie mogę się nie zgodzić, że to miły dla oka film. Historia nie jest być może tak nowatorska, jak chciałoby się wymagać od kinowych hitów, lecz nie jest to znacząca ujma dla tej produkcji. Dużo przyjemnych piosenek, sporo kolorów i niezwykle dobrany duet Goslinga i Stone, to istne, pozytywne szaleństwo. Twórcy porywają nas w magiczny świat barw i dźwięków, a kolejne utwory pozwalają na kilka chwil wznieść się ponad codzienność i wraz z bohaterami przemierzać, tanecznym krokiem, ulice LA.

La La Land to prawdziwa uczta dla konesera gatunku, który od pewnego czasu ma prawo narzekać na niedosyt. Już dawno na wielkim ekranie nie zagościł musical, który porywa ludzi, który wzrusza, zachwyca, bawi. Czy oznacza on jednak jakąkolwiek szansę na przebudzenie wśród twórców? Czy szykuje się renesans „kina śpiewanego”? Nie sądzę. Mimo to, cieszę się, że rok rozpoczął się od tak miłej premiery, albowiem reszta roku to w porażającej większości Marvel, Batman i inne fantastyczne historie.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

MAGNIFIER – portal społeczno-kulturowy

[…] La La Land w ostateczności zgarnęło 6 statuetek. Dla najlepszej aktorki – Emma Stone, dla najlepszego reżysera – Damien Chazelle, za najlepszą muzykę oryginalną – Justin Hurwitz, za najlepszą piosenkę – City Of Stars w wykonaniu Ryana Goslinga, za najlepszą scenografię – David Wasco, Sandy Reynolds-Wasco i najlepsze zdjęcia – Linus Sandgren. […]