Ziemia słona od łez

Mateusz Demski
Ziemia słona od łez

Wszystko zaczyna się od zaledwie jednej fotografii – subtelnej, przypadkowej. A nade wszystko głęboko poruszającej. Czarno-biały portret niewidomej kobiety z afrykańskiego plemienia Tuaregów, odnaleziony niemalże ćwierć wieku temu w zbiorach galerii sztuki dał początek niezwykłemu artystycznemu kolektywowi. Jej puste, nieobecne, a zarazem przenikliwe spojrzenie od lat spoglądające znad biurka Wima Wendersa stało się pretekstem do integracji niespotykanie bliźniaczych dusz na gruncie kinematografii.

the-salt-of-the-earthDokumentalistyczny klucz towarzyszący od dłuższego czasu twórcy Nieba nad Berlinem stał się bowiem kanwą opowieści o Sebastiao Salgado. W życie legendarnego Brazylijczyka wtrącamy się w połowie zdania; ot, w momencie, kiedy jest w pełni uznanym i spełnionym twórcom. Dokumentalne kino drogi wyrosłe na gruncie żarliwej miłości do sztuki i podróży nie jest jednak usłane różami. O ile zwieńczenie aktywności brazylijskiego fotoreportera, Genesis to fototerapeutyczne katharsis i hołd złożony nieskazitelnemu obliczu naszej planety, o tyle długoletnie cykle Inne Ameryki, Sahel: Koniec drogi czy Exodus to swoisty rewers; ponury tragizm, którym naznaczono tysiące wspólnot na Ziemi. Spośród rezerwuaru wyrazistych, pełnych melancholii i czarno-białego kolorytu odbitek, wyłania się bowiem wierzchołek fatalistycznych losów ludzkości.

002_13Monumentalne konglomeraty fotograficzne portretujące rodzinne strony brazylijskiego fotografa, bestialstwa, których dopuszczono się w Rwandzie czy krwawą wojnę na Bałkanach stanowią zakrzywione odbicie ulotnych drobinek piękna. Salgado za pośrednictwem swego obiektywu spogląda w najodleglejsze i zupełnie zapomniane regiony, od których świat dawno odwrócił wzrok. Ziemie słone od ludzkich łez, w niczym nieprzypominające pocztówkowych pejzaży, gdzie czas biegnie swoim powolnym rytmem, a życie naznaczyła monstrualna nędza, upodlenie i zaraźliwa nienawiść. W uchwyconych ułamkach sekund wybrzmiewa życie ich strudzonych mieszkańców. Począwszy od chwil narodzin, poprzez niezwykle czytelne bruzdy na twarzy, aż po zupełnie puste, gasnące spojrzenia, będące zwieńczeniem ulotnego cyklu życia. Salgado zgłębił, zatem nie tyle tajniki posługiwania się językiem światła i cienia, co eskalacji ludzkiego bólu. Tej okrutnie przenikliwej antropologii, pozwalającej jednocześnie wejrzeć w głąb sfery nabożnego, nienaruszalnego sacrum.

aef3a8864a94db746b4428a27616407dCo ciekawe obraz kolejnego pogorzeliska – skąpanego w blasku płomieni Kuwejtu – Salgado określa mianem „wielkiego spektaklu, olbrzymiej inscenizacji w skali globalnej”. Zniewalające ujęcia setek płonących szybów naftowych czy wykwintne portrety wyczerpanych, oblepionych ropą strażaków rzeczywiście przemawiają aurą piekielnej niezwykłości. Tyle, że ta estetyczna nieskazitelność chwilami zdaje się moralnie problematyczna. „W Etiopii doszło do ataku dwóch śmigłowców bojowych. Strzelano wówczas do ciężarnych kobiet z karabinów maszynowych. Zrobiłem zdjęcie i uciekłem”. W obliczu katastrofy zamiast podać pomocną dłoń i podjąć ryzyko Salgado sięga po umiłowany obiektyw. Zafrasowana twarz bezradnego fotografa, naznaczona piętnem udokumentowanego jądra ciemności zdaje się wyrażać zatracenie wiary w odkupienie rodzaju ludzkiego. Ale również w to osobiste. Niepoliczalność przesiedlonych i zgładzonych na jego biernych oczach istnień boli. Bezsilność wobec bezkresu wynaturzeń nie do nazwania, nie do sklasyfikowania, całkowicie wymykających się racjonalnemu myśleniu przytłacza. „Ileż to razy kładłem aparat na ziemi płacząc nad tym, co ujrzałem?” – pyta udręczony, a nade wszystko trawiony poczuciem winy Salgado, pozostawiając widza bez jednoznacznych odpowiedzi.

Zaznając okrucieństwa raju utraconego Salgado nigdy nie zaniechał poszukiwań. Mimo licznych momentów zwątpienia, niemożności spojrzenia we własne oczy i zastosowania twórczej wolty, pogoń za istotą soli ziemi stała się dlań całym światem. Nieustanną misją, której powodzenie zależy od obsesyjnej determinacji jednostki. Ale również pokory i wyrozumiałości otoczenia. Ekranowe pojednanie między starszym synem/współreżyserem, który nigdy nie zaznał pełni rodzicielskiego ciepła, a ojcem/bohaterem, który nie dorósł do wychowawczej odpowiedzialności to symbol ofiary, jaką przyszło ponieść rodzinie Salgado. Pytanie, zatem czy emanacja tkwiącej głęboko w cywilizowanym człowieku potrzeby realizowania twórczego powołania jest warta tak dalekich wyrzeczeń? Niezależnie od przyjętego stanowiska, jedno pozostaje pewne; prawdziwa sztuka rodzi się z cierpienia innych. Nawet nam najbliższych.

Komentarze

Napisz komentarz
Zamknij formularz komentowania
Napisz komentarz

Brak komentarzy